Celowanie kluczem do zamka w drzwiach w egipskich ciemnościach (gdyż znalezienie włącznika światła w tym stanie jest niebezpiecznym przedsięwzięciem) nie jest operacją łatwą. Utrudnienia są tym gorsze, jeżeli się nie ma przy sobie takowego pęku żelastwa, za to ma się dziurawe kieszenie kurtki.
Cezary opierał się czołem o dyktę, jedną rękę trzymając w materiałowej jaskini, w której powinny mieścić się jego klucze do mieszkania, a drugą wycierając sobie okolice obficie krwawiącego nosa, z którego krwotok zaczął się na nowo z 5 minut temu. Biedaczyna brutalnie została uświadomiona, jak nie formułować swojej krytyki. Udowodnił jej to srogo wkurwiony rudzielec z bardzo ciężką pięścią, której użył na jego facjacie, prawdopodobnie łamiąc mu przy tym nos. Tego nie wiedział, bo gdy tylko oprzytomniał i odgonił od siebie ludzi, wyszedł razem z Zośką. Dobrze jest przyjaźnić się z kobietą, będąc mężczyzną z niewyparzonym jęzorem. Poratowała go tamponami.
Czy ta opuchlizna na i wokół nosa wymagała konsultacji z lekarzem ─ cholera wie. On wiedział jedynie, że go skurwysyńsko bolało i chciał zaliczyć zbliżenie ze swoją apteczką. Niestety, w trakcie akcji zbierania resztek swojego honoru z podłogi zaginęły jego klucze.
Gdy jego nieco przyćmiony mózg zaczął przetwarzać prawidłowo tę informację, zestresował się nieco. Zacisnął zęby, dusząc w sobie jęk bólu, gdyż napinanie mięśni twarzy było bardzo niemądrym posunięciem teraz. Odsunął się od drzwi, w akcie desperacji szarpiąc jeszcze za klamkę, aczkolwiek ta nie chciała ustąpić. Chłopaczysku suche, przekrwione oczy zaszły mgłą, aż ten odczepił zgrabiałe, zziębnięte ręce od metalu. Włożył je do olaboga dziurawych kieszeni swojego okrycia wierzchniego, po czym odwrócił się na pięcie i zaczął maraton po schodach, bo na psującą się w tym budynku windę nie można było liczyć.
Za to niegłupią ideą było nocowanie u przyjaciółki. Spanie na klatce schodowej średnio mu się widziało, zwłaszcza posiadając wiedzę na temat reakcji swojego organizmu. Już trząsł się jak osika, jego ciało po hipotermii i odmrożeniach II stopnia źle radziło sobie z marcowym mrozem. Bardzo żałował, że nie wziął ówcześnie ze sobą chociażby szalika, teraz miał wrażenie, że mu migdały odlecą do ciepłych krajów, a nogi wytrzęsą z kości cały wapń i połamie się na tych schodach.
Wystrzelił z budynku, przemierzył jeszcze jedne schody, znalazł się na chodniku, a jego ciało automatycznie zwróciło się w stronę, w którą miał się udać do domu Zośki. Miał jeszcze w trakcie tego wojskowego spaceru dylemat natury filozoficznej ─ czy założyć, że przyjaciółka będzie mieć jakieś proszki, które sprawią, że nie będzie czuć przez jakiś czas nosa, czy wstąpić do apteki i stracić trochę czasu, a przecież kobieta mogła się lada chwila położyć do łóżka. Oczywiście, wszystko się rozwiązało, gdy zerknął na zegarek, a było ostro po 2:00. Żeby dostać coś przeciwbólowego, musiałby się do tej apteki włamać. Czarek był słabym złodziejem, nawet swojej szafy niekiedy nie potrafił otworzyć, więc z czym do ludzi.
Był zziębnięty i śpiący. Co jak co, to nie była jego godzina do egzystowania. Choć od czerwca do października był nocnym człowiekiem, teraz osiągał granice swojej wytrzymałości fizycznej, gdyż ta noc była za żywa. Gdyby miał od 20:00 do 5:00 uzupełniać włosy lalkom, miałoby to przełożenie na praktykę, aczkolwiek w sytuacji, gdy dzisiaj uczył się, był na kameralnym a'la koncercie, przecierpiał go i dostał strzała, a potem musiał wlec swoje zwłoki do domu ─ kategorycznie nie. Rozważał przez sekundę, czy nie rozsądniej byłoby udać się na przystanek autobusowy, jednakże gdy rzucił okiem na ubogi w kursy nocne rozkład jazdy, zaczął żwawo maszerować w stronę ulicy, na którą codziennie po wykładach udawała się Zofia, przyszła pani prawnik.
Czarek sterczał przy domofonie jak idiota. Nacisnąć czy nie nacisnąć ─ oto jest pytanie. Choć bardziej istotne było to, że właściwie pod wpływem wrażeń Sówce mądrej głowie ze łba wyleciał na amen kod otwierający u wrota do jaskini Zośki i jej narzeczonego. Przecież nie będzie udawał zarażonego pajęczymi genami, żeby zapukać w jej okno.
Ni z tego, ni z owego za drzwiami ozwały się odgłosy ciężkiego stąpania. Brunet-podsłuchiwacz instynktownie odsunął się od klamki, aby nie dostać boleśnie w czoło z szyby. Jednakże nim to zrobił, wyjrzał przez ów szkło do wnętrza oświetlonej klatki schodowej. Cholera wie dlaczego, lecz przed szarymi, słabymi oczami mignęła mu znajoma, blada, wytatuowana sylwetka.
Student machinalnie wcisnął się plecami w ścianę obok wejścia i to tak gwałtownie, że zsunęły mu się z jego obolałego nosa okulary ze szkłami grubymi jak denka od jabola. Wziął głęboki oddech i uwięził go w swoim zmarzniętym, zabliźnionym wnętrzu. Pod czaszką zagościła mu pustka. Wmawiał sobie szeptem w przestrzeni międzyusznej, że to nie ma racji bytu, jeżeli wzrok go nie zawiódł tym razem. Co to miałoby być za prześladowanie? Co ten fagas robiłby w tym budynku? A może raczej ─ co działo się po wykrzywieniu cezarowych pingli i wytarciu ich właścicielem podłogi?
Blokada trzasnęła, metal ustąpił, a Sówka drgnął, omal nie wypuszczając głośno powietrza i nie zdradzając swojej pozycji. Wtedy zza drzwi wyłoniła się ruda, podgolona potylica i, gdy czający się mężczyzna uniósł lekko podbródek, aby ujrzeć wyraźniejszy obraz przez szkła, strzałka na karku. Był barczysty. Co prawda, rozmiarami nie mierzył się z jakimś żywionym samym białkiem kulturystą, jednakowoż nie można było go nazwać najmniejszym. I rozwiązała się tajemnica białego materiału wystającego spod czarnej chusty, był to bandaż.
Facet miał na ramionach płaszcz, ręce w kieszeniach i najwidoczniej wszystko co się wokół niego działo miał w dupie, gdyż, o dziwo, skaczący ówcześnie przed przeszklonymi drzwiami Czarek nie zasłużył na jego atencję. Bądź zwyczajnie go nie widział wśród tego mroku. Rudzielec zwyczajnie oddalił się, schodząc z betonowych stopni i wtapiając się ze swoją ognistą fryzurą w czerń, nawet nie ukazując się w pomarańczowym świetle jakiejkolwiek lampy ulicznej potem. Zresztą, w interesie studenta było tylko to, aby ten osobnik oddalił się; w ostatniej sekundzie zacisnął suchą rękę na uchwycie drzwi, rozwierając je na nowo, aby zapakować się do wnętrza wieżowca.
Jego mitochondria wznowiły pracę, gdy drzwi zatrzasnęły się za jego plecami, a on po zerknięciu sobie przez ramię nie widział tych jasnych, zdzierających wszystkie warstwy śmiałości oczy. Gdy paraliż kończyn wszelakich odszedł, ten zatrząsł się minimalnie i ruszył w stronę lokum (mieszkanie na parterze, jak dobrze), na którego drzwiach była tabliczka z napisem „Czerepińscy". Nie było to jeszcze nazwisko Zośki, natomiast była ona niezastąpiona w tresowaniu swojego mężczyzny, więc gdy ustalą datę ślubu, napis ten nie będzie już w żaden sposób zakłamywał rzeczywistości.
Rozległo się ciut nieśmiałe pukanie stłumione stresem zjedzonym przez Sowę, a potem jedno głośniejsze, gdy oparł on głowę o drewno w nużącym oczekiwaniu na ewentualne rozchylenie się drzwi, zza których wydobywały się niewyraźne odgłosy. Nie spała? Nie była ona typem nocnego marka, więc nie chciał się łudzić, choć miał nieodparte wrażenie, że nagły napad dudniącego, męskiego śmiechu nie był rzeczą normalną w tym mieszkaniu i o tej godzinie.
Głaz blokujący jaśniejącą od wewnątrz sztucznym światłem jaskinię osunął się, a w futrynie ujawniła się postać bynajmniej nie neandertalczyka. I mimo że student był niemalże w stu procentach pewien tego, że zastanie kobietę śpiąca, ta nawet nie była w piżamie. Miała na sobie ten sam strój, co na występie, w składzie biała, bawełniana bluzka, ciemnobrązowy, poliestrowy sweterek, prosta spódnica do kolan; poza tym, oczy miała podkreślone w zwyczajowy dla niej, nieinwazyjny sposób kredką, rzęsy zagęszczone, a usta malinowoczerwone. Jedyną różnicą w jej obecnej prezencji był brak kozaków, a zamiast nich kapcie.
─ Czarek, Chryste Panie! Ciągle krwawisz! ─ mówiąc z twarzą pełną naturalnej, matczynej wręcz troski, wciągnęła faceta za fraki do przedpokoju, jakby ten miał zaraz zemrzeć, a nie mieć trochę zaschniętej krwi nad górną wargą. ─ Przecież miałeś zrobić sobie okład z lodu w domu, co tutaj robisz? ─ zapytała, przy czym nacisnęła czarnymi paznokciami na mostek jego biednego nosa, na co on syknął i chwycił ją lekko za nadgarstek, oponując przed dalszym macaniem obrzęku. ─ Boli?
On ze skwaszoną miną wolno kiwnął potakująco głową. Chyba nie musiał sam zająć się swoją opuchlizną, gdyż pani domu włączyła piąty bieg matkowania. A to było jak dziewiąty krąg piekła.
─ Kto to? Cezary? ─ ozwał się z głębi mieszkania głos należący do aktualnego pana tej książkowej dżungli, Łukasza.
─ Tak! Czekaj, wciąż mu leci krew, muszę mu to zatamować.
Oczywiście usiłowania zbadania wzrokiem pokoju dziennego, który o niewłaściwej porze pełnił swoje funkcje zakończyło się fiaskiem, tak samo jak zdjęcie butów przez chłopaka, ponieważ Zośka się w tańcu nie pierdoliła ─ dwie sekundy i poszkodowany siedział na krześle w kuchni, gdzie była zlokalizowana apteczka.
Mieszkanie to nie było olbrzymich rozmiarów, natomiast przez liczbę stosów książek, które można było zobaczyć w każdym jego kącie, samo nasuwało się stwierdzenie, że jest z gumy. Ściany wszędzie miały ciepły, piaskowy odcień, jednakże z wyjątkiem kuchni, gdzie od listwy do połowy była przyklejona biała tapeta w brązowe kontury różnych przyborów kuchennych. Miało swój urok. Pomieszczenie będące jednocześnie kuchnią i jadalnią było wąskie, dlatego goście zwykle stołowali się w dużym pokoju. Mimo wszystko ustawione były przy stole cztery obite miękkim materiałem krzesła, a po przeciwnej stronie rozciągały się marmurowe blaty z tysiącem szafek wiszących. Jedną z nich była właśnie apteczka.
Znowu jakieś śmiechy-hihy, które wybiły Czarka z rytmu rozwiązywania mokrych butów. Zaczął energicznie stukać na telefonie wyciągniętym z kieszeni jeansów, po czym pozostawił go na stole z włączonym wyświetlaczem. Szatynka po zawinięciu lodu w szmatkę kuchenną przeczytała wiadomość.
► Zgubiłem klucze do domu. Mogę u Ciebie przenocować? ◄
─ Jasne, że możesz, ale.. jak to „zgubiłeś"?
Cezary wzruszył wyraźne ramionami, zdejmując jeden z butów, wziął ponownie komórkę, a kobieta z największą ostrożnością przyłożyła miękką, zimną tkaninę najpierw do płatka nosa kolegi, a następnie nieco wyżej, przez co on wstrzymał w ustach zbolałe westchnięcie.
► Co to za nocna impreza? ◄
Leia wykrzywiła się, układając sobie słowa w głowie, a jednocześnie molestując zębami swoją wargę, choć była w pełni świadoma tego, że tych głośnych rozmów przy alkoholu nie dało się nie słyszeć. Biodrem oparła się o mebel, przy którym siedział nowy gość.
─ Chłopcy nie mieli jak zapłacić za hotel, lokal się jeszcze z nimi nie rozliczył i..
Ten wyprostował się jak struna, aż jego twarzoczaszka niemo zawyła z bólu.
─ Czarek, ale spokojnie.
Zatrzasnął wręcz powieki, jakby usiłował policzyć do dziesięciu.
─ Przeprosicie się i wszystko będzie w porządku, naprawdę. Oni są mega. Właśnie rozmawialiśmy o weselu..
Mężczyzna zaczął wykonywać procedurę natychmiastowego zawiązywania butów.
─ Cezary, do cholery! ─ zbulwersowała się wreszcie dobra samarytanka, ciągnąc jego głowę za skołtunione włosy, aby skupił się na niej, a nie na obmyślaniu planu ucieczki. Jednakże ewakuację unieskutecznił dodatkowo nowy gość tego pomieszczenia.
Chłopak, mimo uścisku na ciemnobrązowych kołtunach, zerknął sobie przez obite ramię, gdyż siedział tyłem do wejścia. Na jego twarz miało zawitać zobojętnienie, jednakże drgająca, krzaczasta brew nieco zdradziła jego podenerwowanie. Co miał zrobić? Napisałby mu ewentualnie na kartce: „Cześć, cwelu, złamałeś mi nos dwie godziny temu.", aczkolwiek bał się, że nagle w tle usłyszy gong i rozpocznie się druga runda. Przecież nie chciał sobie brudzić rąk.
Facet odtrącił rękę Zośki, gdy ta już ją zabierała, a jej buźka, w kontraście do tej czarkowej, rozpromieniła się od bieli wyszczerzonych w szerokim uśmiechu równych zębów. Jakby w defensywie dla Czarka chciała oślepić delikwenta stojącego w przejściu.
Jednakże ten nie był tym zrażony i mówił o tym jego kamienny wyraz twarzy. Zmrużone, zielone jak jadeit oczy mierzyły Cezary od stóp do głów, jakby on również niewystarczająco się na niego napatrzył. Te kamienie nie emanowały opanowaniem i spokojem, raczej z sekundy na sekundę rosnącą pogardą i obrzydzeniem. Rude, naturalnie falowane włosy na długość były mniej więcej za kark, a żywioł tak je potargał, że te rozsypane były po połowie jego zarośniętego szczeciną ryja. Teraz, oprócz bandaża oraz bandany student wybadał, że piegus miał bliznę ciągnąca się przez jego lewą brew. I oczywiście te parę otarć.
─ Daj, wrzucę to do lodówki. ─ mówiąc Zofia, susząc zęby, wyciągnęła ręce do siatek z alkoholem, które targał ze sobą rozpinający płaszcz mężczyzna.
Aczkolwiek gitarzysta był dużym chłopcem, sam chciał odłożyć trunki do schłodzenia, toteż minął w wąskim przejściu kobietę, która ustąpiła mu, koniec końców. Gdy z brzdękiem zrobił, co miał uczynić, zawrócił z puszką piwa w ręce i, gdy mijał zdezorientowanego okularnika, postraszył go szybkim i głośnym tupnięciem tuż obok jego nogi, na co ten prawie z krzesła spadł.
─ Mam wrażenie, że jednak się polubicie!
Czterooki zgromił ją wzrokiem spod byka, po czym sięgnął po tabletkę przeciwbólową, którą mu przed momentem podsunęła wraz ze szklanką wody.
„To będzie długa noc."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz