wat
The vocal folds inside his ears

czwartek, 29 czerwca 2017

{Znajoma Julka}

Takie poboczne coś, co mi zalegało na dysku. Enjoy.

***

Cezary był nabuzowany od rana. Jakby grypa to było mało, a w składzie przecież hektolitry glutów, bóle mięśni, o których istnieniu nie wiedział, stan skaczący od podgorączkowego do japierdolęjuliuszwłóżkujestwhitneyhouston i inne objawy. Normalnego człowieka przykuje to do łóżka, weźmie sobie L4 od szkoły, powagaruje z pracy.
Ale Czarek nie mając stereotypowej psychiki, znudził się wegetowaniem pod kołdrą i dwoma kocami. Nie, on będzie robił pranie. Pozmywa naczynia, bo ten troglodyta nie umie. Wypucuje okna ścierą do gitary, toaletę umyje niebieską szczoteczką, podłogę pozmywa koszulką Linkin Park i idiocie jeszcze nasmarka do obiadu.
Tak, Juliusz go wnerwił wczoraj. Co zrobił? Właściwie nic. Oddychał, znowu dupą robił mu charakterystyczne wgłębienie w sofie, coś brzdękolił, coś miauczał pod nosem o czarnych oczach. I tatuażach jak u Yakuzy, pod garnitur, a to student odebrał jako realną groźbę ─ zagrożenie dla jego kieszeni i gustu. Rudy zaś się usiłował sprzeczać, naiwnie myśląc, że jest wolnym człowiekiem i jego zdanie się liczy w tym domu. Okularnik wypełzł wtedy ze swojego kokonu, chusteczki do nosa gdzieś poszybowały w stronę karniszy, a mięso wypełniło cztery ściany w całej objętości. A muzyk ostatecznie jedynie zadziornie się uniósł kącik ust, odchylił podgoloną potylicę w tył i parsknął śmiechem. Wtedy pan politolog go uderzył z pięści w klatę, a potem cztery litery przetransportował do sypialni, gdzie się zamknął na resztę dnia, nie słuchając tego rechotu o za ciasnej gumce w majtkach i coś tam o spiętych pośladkach.
Właściwie, nie wiedział, dlaczego tak się uniósł. Gdy już się zapakował do łóżka, dręczyło go to jakiś czas. Aczkolwiek niedługo, bo szybko zasnął.
Teraz Czarek ślęczał przed bębnem pralki z wiklinowym koszem i do jasnych bokserek, bezrękawników, koszulek i dresów wrzucał swoje dwie malinowo-różowe koszulki, jednocześnie wycierając sobie czerwony jak u rasowego alkoholika nos ręcznikiem współlokatora. Jęknął, ściągając na chwilę okulary, aby otrzeć załzawione powieki. Położył swój rynsztunek obok, na kafelkach. Westchnął głośno, zerkając na nie.
„Upierdolone jak pięty Cejrowskiego.”
A w magicznej maszynie, której Lemiszewski, wielki technik, nie umiał obsługiwać, było za mało ubrań. Niestety, mężczyzna poderwał się, założył pingle na oczy, coby się nie zabić we własnym domu, po czym powędrował do legowiska. Tam miał pod dostatkiem białej, oczywiście nie swojej, bielizny.
Wysunął szufladę, badając swoim przenikliwym wzrokiem jej zawartość, a jednocześnie szukając kandydatów do barwienia. Z wierzchu wszystko czarne, nuda. Cezary wywrócił szufladę do góry nogami, aby znaleźć przy okazji jakieś schowane na dnie, przypałowe slipy, aczkolwiek…
…na drewniane panele coś spadło. Coś, co wysunęło się z bokserek z buldogiem na lewym pośladku, który pewnie miał strzec tego przedmiotu. Zawiódł niestety.
Czarek odstawił  przetrzepywaną część mebla na ziemię, po czym wziął do spracowanej, chudej ręki tę białą bibułę, przejeżdżając po niej palcem. Papieros? Nie. Sówka wiedział, że ten obibok czasem się nimi zaciąga, a student nie miał nigdy filtra w ustach, więc po cholerę miałby chować je. A raczej pojedynczą sztukę. Zresztą, Sowa aż tak ślepy nie był, to wyglądało zupełnie inaczej. „Czyżby…?” ─ spekulując intensywnie, marszczył krzaczaste brwi. Aż było widać trybiki pracujące na jego skroni. ─ „Nie, to niemożliwe…”
Rekonstruując tę scenę z Wiedźmina, obracał rulon między kropkowanymi paznokciami. Co on niby miał z tym fantem uczynić?


***


Juliusz, podobnie jak pewien przedstawiciel rzędu sów, nie był w sosie, a składało się na to wiele czynników. Na przykład, że rano zamiast gorącej jajecznicy, zastał kartkę z narysowanymi kanapkami z serem, sałatą i podpisem „smacznego :) musisz mieć siłę, żeby „pracować”, bo z moich pieniędzy nie będziesz się dziarał”. Ten mu odpisał tylko „Zrobię co mi się żywnie podoba bae ;)” i wyszedł z gitarą na plecach. Właściwie, nie to go zirytowało, tylko to, że w Subwayu nie mieli bekonu. A to było ciosem w serce dla takiego paskudnego mięsożercy.
A przez wysokie ciśnienie w rejonie Katowic rozsadzało mu głowę, nad którą metaforycznie i dosłownie zaczynało się chmurzyć. Zmókł nieco, włosy kleiły mu się do twarzy, a instrument odmawiał współpracy, rozstrajając się w trzy sekundy ─ nici z grania, ludzie mu wrzucili zaledwie trzy złote. Tłukły mu się po czaszce wizje o błogim relaksie w odosobnieniu od kaszlu, odgłosów udrożniania nosa i innych seksownych spazm rozkoszy. O takim bezdotykowym masażu, najlepiej na zwojach mózgowych; o rozluźnieniu całkowitym; o zapomnieniu o wszelkich problemach. Innymi słowy, królestwo za coś do spalenia.
A on jeszcze zawitał do apteki za kroplami do nosa z solą morską i Gripexem dla tej sieroty, coby nie rozsiewał bakcyli tygodniami, bo miał wczoraj takie nieodparte wrażenie, że Czarek wydmuchał nos w jego ręcznik.
W domu był około 19:00. Słońce nieśmiało wyglądało zza cumulonimbusów, rude pasma już wysychały, a tatuaż na ramieniu lekko muskany był przez przyjemne promieniowanie świetlne. Przekręcił klucz w zamku rodem z Alcatraz (który sam montował!) do mieszkania a ósmym piętrze w zamieszkiwanym przez niego od roku wieżowcu ─ wszedł. Siatki zaszeleściły, gitara brzdęknęła, uderzając o futrynę.
Jestem. ─ zakomunikował, nie licząc na jakikolwiek odzew. Zdjął buty i udał się do kuchni, kładąc zakupione leki na blacie. ─ Wziąłem Ci trochę prochów, smarku, słyszysz?
Dziwne. Ani rzutu patelnią przez pół pomieszczenia za śmieszkowanie, ani sakramentalnie wymachane „pocałuj mnie w dupę”… Lemiszewski początkowo spekulował, że okularnik uciął sobie szóstą w ciągu dnia drzemkę, więc po odłożeniu lekarstw na blat, nacisnął klamkę drzwi sypialni, pchnął je.. i wewnątrz nie zastał nikogo. Rozkopane łóżko z niebieską, paskowaną pościelą, szuflady powyjmowane z komody, papierki na podłodze… Gdzie był Cezary? Co, spakował się i uciekł do Zośki od nadmiaru focha? Albo co gorsza, do rodziców? Nie, chyba nie zostawiłby takiego burdelu, halo, to książę czystości. Na przyjście złodzieja odpicowałby cały dom na błysk.
Czarek? ─ zawołał głośno, mając nadzieję, że obrażalski Sówka jednak nie przedawkował syropu na kaszel i nie strzeliło mu do głowy, że może w ten sposób Julkowi zmieni światopogląd, bo on miał niekiedy idiotyczne rozwiązania konfliktów. Zwłaszcza jak jest chory.
Wtem zza krańca łóżka wyłoniła się rozhuśtana stopa, a gdzieś nad nią bardzo rozczochrana czupryna. Juliuszowi szum w uszach nie podpowiadał niczego, natomiast te zarośla rozpoznałby z 10 kilometrów.
Czarek, co ty, do cholery, wyczyniasz na podłodze? Wstawaj. ─ mówiąc, wszedł na materac, zaraz dostając się do swojej strony łóżka od okna i spojrzał w dół.
Okay, trzeba to opisywać stopniowo, bo Juliusza już ten widok znokautował. Był tu Sówka i leżał na brzuchu. W swoim podwiniętym, ciemnoczerwonym szlafroku i juliuszowej bokserce z logiem Supermana. Właściwie tyle, więcej na sobie nie miał. Aczkolwiek obok siebie miał paczkę Lay’sów paprykowych (inna walała się obok zgnieciona), a przed sobą w laptopie miał odpaloną Wyspę Totalnej Porażki. Twarz miał teraz obróconą w połowie do grajka z bardzo zdziwionym wzrokiem, a jedną z popisanych markerem  rąk miał przytkniętą do lekko rozwartych ust. Lekko uśmiechał się do niego.
„Co się tu, kurwa, odpierdoliło?”
W przypływie nagłej myśli (czystym szokiem) odegnał te o nagiej dupie okularnika, a wierzcie, robił to z bólem. Wstał, złapał  pod pachami, a potem wciągnął go  łóżko na plecy, naciągając przy okazji materiał na miejsca studenta i przygważdżając go jednocześnie swoim ciałem, bo ten wiercił się od łaskotek.
Pogorszyło Ci się. Wyślę smsa Zośce, żeby zadzwoniła do szpitala. ─ stwierdził, nim nie położył dłoni na jego czole. Wszystko było we względnej normie. To znaczy, że ani nie było gorzej, ani lepiej niż wczoraj, za to na pewno bardziej niepokojąco, biorąc pod uwagę chichoty dobywające się spod Juliusza, których ten nie słyszał, za to bardzo dobrze widział.
Cezary jak trzylatek wojował z rechotem, wyginał się w łuk i wspierał na ramionach nieruchomego, rudego obiektu nad nim. Wierzgał nogami, przez co gitarzysta dostał z kolanka w zad i zaczynał robić się czerwony z wysiłku, bo śmiech potęgował zmęczenie chorobą. Zbity z tropu Juliusz chciał interweniować, bo faktycznie bolała go ciągle głowa i teraz nie miał ochoty na siłowanie się z tą podróbką Czarka. Czarek się nie śmieje.
Co Ci odbiło? ─ pytając ze zmarszczonymi brwiami, ujął jego podbródek i nakierował jego twarz na swoją. Wtedy właśnie ujrzał wyraźnie jego źrenice wielkie jak pierścienie Saturna. ─ …Cezar-…
I dostał z liścia w twarz.  Jednak to był on. Złapał gnoja mocniej, tym razem za nadgarstki.
Słuchaj, bo się wkurwię nie na żarty.
Mniej więcej wtedy ogarnął, że groźby nie poskutkują, gdy ciemnowłosy intensywnie próbował ugryźć go w palce. Westchnął głośno.
Loja jolajna, Loja niejolajna.
Ten znów się zaczął cieszyć, zaniechając podgryzania mężczyzny, który to wykorzystał to, aby skupić na sobie jego uwagę.
Czy grzebałeś mi po szafkach?
Kiwnął głową.
Wziąłeś stamtąd taki biały papier?
Raz jeszcze. Facet już nie miał wątpliwości. Pan Idealny zjarał mu trawę i teraz był na niezłej orbicie. Przez głowę Lemiszewskiego przemknęło się krótkie „ja pierdolę”, które podsumowywało tą całą akcję.
Kurwa, po chuj ruszasz moje prywatne rzeczy? Ja obmacuję Twoje mazidła do twarzy? Rozwalam Ci pędzle albo chuj wie co? ─ wbijał w niego zbójecko wyglądający wzrok, wciskając go ciałem w materac.
Aczkolwiek do Sówki jak do bardzo zblazowanej ściany ─ jęknął coś i wił się pod nim z niesmakiem jak dżdżownica z rodowodem albo wąż z przetrąconym kręgosłupem. Juliusz zmarszczył gniewnie brwi, jakby miał go nimi zabić, jednakże to bardziej potężne brwi Czarka były w stanie coś takiego zrobić.
A Cezary opadł z sił. Uniósł podbródek walecznie i zza przymkniętych powiek bacznie lustrował piegowatą twarz, natomiast rudzielec opuścił się tak, aby czubkiem nosa się z nim stykać. A gdy lekko go zaczął trącać, kiedy złość zaczęła parować, okularnikowi napięły się mięśnie twarzy przed nadchodzącym chichotem. Musnął zgrabnie palcami jego udo wystające zza tkaniny, po czym uśmiechnął się zawadiacko, jak to miał w zwyczaju. Nie widząc ani obruszenia, ani zachęty, uszczypnął go, na ten odpowiedział mocnym wzdrygnięciem się, które przerodziło się w otarcie o mężczyznę, który bynajmniej nie wyglądał na spłoszonego. Czterooki uwolnił spod zmiękczonego uścisku swoją dłoń i ulokował na torsie skrytym pod czarną bokserką z napisem: „NERD? I prefer the term intelectual badass”. Tam, gdzie jej miejsce. Lemiszewski jak wcześniej skrupulatnie zawijał ten piekielny szlafrok, tak teraz z namiętnością go rozchylał, obdarowując jego właściciela pocałunkami na szyi. Powietrze wibrowało, ich ciała, zmysły…
A nie, to tylko ten jebany telefon, od którego łaskotania Sówka ponownie zaczął rechotać muzykowi do ucha. To jasne, że inaczej zignorowałby to i molestował ujaranego Czarka dalej, jednakowoż salwa wiadomości nie ustawała. Julek przerwał wszystko niechętnie, patrząc w skrzynkę, kim jest ten szczęśliwiec, który jutro nie będzie miał głowy. Adam, rzecz jasna.
„ej stary”
„masz może”
„gdzieś mojego śkupa”
„???”
„bo”
„gdzieś go wcięło”
„a ja wczoraj kupiłem bilet za 72”
„jestes”
„???”
„srsly”
„zobacz czy go nie wziales”
„ja jutro do roboty musze jechać”
„plz”
Juliusz już zaczynał mu odpowiadać „Tak kurwa, moim odwiecznym planem było zajebanie Ci karty miejskiej młody.”, aczkolwiek nim to zrobił, poczuł, jak ta roznegliżowana glizda wyślizguje się spod niego i obiera kurs na kuchnię, będąc zwabionym prawdopodobnie przez szynkę w lodówce.
Ściągnął piegi na czole razem, podrywając się za nim.
Co, gastro atakuje? ─ przemówił, stając w progu i obserwując, jak Czarek chłodzi głowę w zamrażarce. Podszedł do niego, objął w pasie od tyłu i cmoknął w bok szyi, wtedy zaś dane było mu raz jeszcze przeanalizować markerowe dzieło na przedramionach mężczyzny. ─ Hipokryta. ─ zaśmiał się.
Mmmm… ─ wymuczał Cezary po upewnieniu się dwa razy, że po zamknięciu drzwiczek nic się w lodówie nie pojawiło ciekawego, po czym raz jeszcze oswobodził się ze splotu silnych ramion, ewidentnie ignorując gody rudego, albowiem to chuda i cwana cholera była.
A ty dokąd? ─ mówiąc, chwycił jego nadgarstek i jednym, stanowczym ruchem jak w tango, obrócił go w swoją stronę, omal nie wywracając okularnika, choć do wywrotki nie była niezbędna jego pomoc.
Przyciągnął go tym szarpnięciem na tyle, że stykał się z nim klatą, co wywołało u Czarka sporych gabarytów oszołomienie. Studenciak zaszczycił go wzrokiem, aczkolwiek zaraz jego czoło wylądowało na piegowatym ramieniu, bo nadmiar wrażeń w trakcie grypy owocował w zawroty głowy. Bardzo asertywny Sówka zmienił swój stan skupienia w plazmę, gdy palce pozbawione linii papilarnych zacisnęły się na jego udach i uniosły go ku niebiosom. Czy już umiera? Dzień dobry, Święty Piotrze, my się już widzieliśmy. Gustowna tunika, ale złote sznury są passe. Srebrny brokat to przyszłość, chłopaki zza bramy oszaleją. Ale najpierw mnie wpuść, wieje mi po łydkach. Hasło: okoń.
Co ty… śpisz?
Jak z Tobą rozmawiam, to chyba nie śpię. Ale rozumiem, że nie jesteś za spostrzegawczy, jakby nie było, jesteś tylko odźwiernym… Czy ty mi chuchasz w szyję? A, nieważne zresztą. Po północy się zeruje.


***


Cezary zmartwychwstał po trzech godzinach. Rozchylił lekko powieki oraz przeciągnął się kocio, niehumanitarnie traktując biedną, skopaną kołdrę, chcąc mniej-więcej zlokalizować siebie samego w przestrzeni. W tym celu dorobił sobie trzy podbródki, zerkając w dół, na swoją bardzo niewyraźną, szarą koszulkę z Goofym, a także białe, zjeżdżające z niego dresy. I to przy takich łóżkowych akrobacjach mógł jeszcze oddychać! Null kataru, bólu mięśni i opuchlizna  gardła zeszła razem z rozgrzanym kamieniem na jego czaszce. Co tu się...
Obrócił głowę w prawo, wymacał na ślepo okulary na etażerce, założył je ślamazarnie na nos, po czym spojrzał w lewo na drżący na pościeli kamień w czerwonej bluzie. Sówka zmarszczył konary swoich brwi, unosząc się znad gimbazyliona poduszek, po czym przesunął swoje cztery litery w stronę kamulca. Te rude kosmyki wyrastające się zza kaptura nie były bezpańskie.
Czarodziej przyłożył dłoń do czoła zwiniętego w kłębek Juliusza, po czym wygiął usta w grymasie.  Narzucił na niego kołdrę, z której sam się wyplątał, wskoczył w laćki, a następnie podreptał do kuchni, chcąc sprawdzić, czy mrożony kurczak kupiony wczoraj nada się na rosół.

Nie całujcie się ze zblazowanymi smarkaczami, drogie dzieci.

niedziela, 22 stycznia 2017

ii ─ mission: "break into your own home" has been accepted

Celowanie kluczem do zamka w drzwiach w egipskich ciemnościach (gdyż znalezienie włącznika światła w tym stanie jest niebezpiecznym przedsięwzięciem) nie jest operacją łatwą. Utrudnienia są tym gorsze, jeżeli się nie ma przy sobie takowego pęku żelastwa, za to ma się dziurawe kieszenie kurtki.
Cezary opierał się czołem o dyktę, jedną rękę trzymając w materiałowej jaskini, w której powinny mieścić się jego klucze do mieszkania, a drugą wycierając sobie okolice obficie krwawiącego nosa, z którego krwotok zaczął się na nowo z 5 minut temu. Biedaczyna brutalnie została uświadomiona, jak nie formułować swojej krytyki. Udowodnił jej to srogo wkurwiony rudzielec z bardzo ciężką pięścią, której użył na jego facjacie, prawdopodobnie łamiąc mu przy tym nos. Tego nie wiedział, bo gdy tylko oprzytomniał i odgonił od siebie ludzi, wyszedł razem z Zośką. Dobrze jest przyjaźnić się z kobietą, będąc mężczyzną z niewyparzonym jęzorem. Poratowała go tamponami.
Czy ta opuchlizna na i wokół nosa wymagała konsultacji z lekarzem ─ cholera wie. On wiedział jedynie, że go skurwysyńsko bolało i chciał zaliczyć zbliżenie ze swoją apteczką. Niestety, w trakcie akcji zbierania resztek swojego honoru z podłogi zaginęły jego klucze.
Gdy jego nieco przyćmiony mózg zaczął przetwarzać prawidłowo tę informację, zestresował się nieco. Zacisnął zęby, dusząc w sobie jęk bólu, gdyż napinanie mięśni twarzy było bardzo niemądrym posunięciem teraz. Odsunął się od drzwi, w akcie desperacji szarpiąc jeszcze za klamkę, aczkolwiek ta nie chciała ustąpić. Chłopaczysku suche, przekrwione oczy zaszły mgłą, aż ten odczepił zgrabiałe, zziębnięte ręce od metalu. Włożył je do olaboga dziurawych kieszeni swojego okrycia wierzchniego, po czym odwrócił się na pięcie i zaczął maraton po schodach, bo na psującą się w tym budynku windę nie można było liczyć.
Za to niegłupią ideą było nocowanie u przyjaciółki. Spanie na klatce schodowej średnio mu się widziało, zwłaszcza posiadając wiedzę na temat reakcji swojego organizmu. Już trząsł się jak osika, jego ciało po hipotermii i odmrożeniach II stopnia źle radziło sobie z marcowym mrozem. Bardzo żałował, że nie wziął ówcześnie ze sobą chociażby szalika, teraz miał wrażenie, że mu migdały odlecą do ciepłych krajów, a nogi wytrzęsą z kości cały wapń i połamie się na tych schodach.
Wystrzelił z budynku, przemierzył jeszcze jedne schody, znalazł się na chodniku, a jego ciało automatycznie zwróciło się w stronę, w którą miał się udać do domu Zośki. Miał jeszcze w trakcie tego wojskowego spaceru dylemat natury filozoficznej ─ czy założyć, że przyjaciółka będzie mieć jakieś proszki, które sprawią, że nie będzie czuć przez jakiś czas nosa, czy wstąpić do apteki i stracić trochę czasu, a przecież kobieta mogła się lada chwila położyć do łóżka. Oczywiście, wszystko się rozwiązało, gdy zerknął na zegarek, a było ostro po 2:00. Żeby dostać coś przeciwbólowego, musiałby się do tej apteki włamać. Czarek był słabym złodziejem, nawet swojej szafy niekiedy nie potrafił otworzyć, więc z czym do ludzi.
Był zziębnięty i śpiący. Co jak co, to nie była jego godzina do egzystowania. Choć od czerwca do października był nocnym człowiekiem, teraz osiągał granice swojej wytrzymałości fizycznej, gdyż ta noc była za żywa. Gdyby miał od 20:00 do 5:00 uzupełniać włosy lalkom, miałoby to przełożenie na praktykę, aczkolwiek w sytuacji, gdy dzisiaj uczył się, był na kameralnym a'la koncercie, przecierpiał go i dostał strzała, a potem musiał wlec swoje zwłoki do domu ─ kategorycznie nie. Rozważał przez sekundę, czy nie rozsądniej byłoby udać się na przystanek autobusowy, jednakże gdy rzucił okiem na ubogi w kursy nocne rozkład jazdy, zaczął żwawo maszerować w stronę ulicy, na którą codziennie po wykładach udawała się Zofia, przyszła pani prawnik.
Czarek sterczał przy domofonie jak idiota. Nacisnąć czy nie nacisnąć ─ oto jest pytanie. Choć bardziej istotne było to, że właściwie pod wpływem wrażeń Sówce mądrej głowie ze łba wyleciał na amen kod otwierający u wrota do jaskini Zośki i jej narzeczonego. Przecież nie będzie udawał zarażonego pajęczymi genami, żeby zapukać w jej okno.
Ni z tego, ni z owego za drzwiami ozwały się odgłosy ciężkiego stąpania. Brunet-podsłuchiwacz instynktownie odsunął się od klamki, aby nie dostać boleśnie w czoło z szyby. Jednakże nim to zrobił, wyjrzał przez ów szkło do wnętrza oświetlonej klatki schodowej. Cholera wie dlaczego, lecz przed szarymi, słabymi oczami mignęła mu znajoma, blada, wytatuowana sylwetka.
Student machinalnie wcisnął się plecami w ścianę obok wejścia i to tak gwałtownie, że zsunęły mu się z jego obolałego nosa okulary ze szkłami grubymi jak denka od jabola. Wziął głęboki oddech i uwięził go w swoim zmarzniętym, zabliźnionym wnętrzu. Pod czaszką zagościła mu pustka. Wmawiał sobie szeptem w przestrzeni międzyusznej, że to nie ma racji bytu, jeżeli wzrok go nie zawiódł tym razem. Co to miałoby być za prześladowanie? Co ten fagas robiłby w tym budynku? A może raczej ─ co działo się po wykrzywieniu cezarowych pingli i wytarciu ich właścicielem podłogi?
Blokada trzasnęła, metal ustąpił, a Sówka drgnął, omal nie wypuszczając głośno powietrza i nie zdradzając swojej pozycji. Wtedy zza drzwi wyłoniła się ruda, podgolona potylica i, gdy czający się mężczyzna uniósł lekko podbródek, aby ujrzeć wyraźniejszy obraz przez szkła, strzałka na karku. Był barczysty. Co prawda, rozmiarami nie mierzył się z jakimś żywionym samym białkiem kulturystą, jednakowoż nie można było go nazwać najmniejszym. I rozwiązała się tajemnica białego materiału wystającego spod czarnej chusty, był to bandaż.
Facet miał na ramionach płaszcz, ręce w kieszeniach i najwidoczniej wszystko co się wokół niego działo miał w dupie, gdyż, o dziwo, skaczący ówcześnie przed przeszklonymi drzwiami Czarek nie zasłużył na jego atencję. Bądź zwyczajnie go nie widział wśród tego mroku. Rudzielec zwyczajnie oddalił się, schodząc z betonowych stopni i wtapiając się ze swoją ognistą fryzurą w czerń, nawet nie ukazując się w pomarańczowym świetle jakiejkolwiek lampy ulicznej potem. Zresztą, w interesie studenta było tylko to, aby ten osobnik oddalił się; w ostatniej sekundzie zacisnął suchą rękę na uchwycie drzwi, rozwierając je na nowo, aby zapakować się do wnętrza wieżowca.
Jego mitochondria wznowiły pracę, gdy drzwi zatrzasnęły się za jego plecami, a on po zerknięciu sobie przez ramię nie widział tych jasnych, zdzierających wszystkie warstwy śmiałości oczy. Gdy paraliż kończyn wszelakich odszedł, ten zatrząsł się minimalnie i ruszył w stronę lokum (mieszkanie na parterze, jak dobrze), na którego drzwiach była tabliczka z napisem „Czerepińscy". Nie było to jeszcze nazwisko Zośki, natomiast była ona niezastąpiona w tresowaniu swojego mężczyzny, więc gdy ustalą datę ślubu, napis ten nie będzie już w żaden sposób zakłamywał rzeczywistości.
Rozległo się ciut nieśmiałe pukanie stłumione stresem zjedzonym przez Sowę, a potem jedno głośniejsze, gdy oparł on głowę o drewno w nużącym oczekiwaniu na ewentualne rozchylenie się drzwi, zza których wydobywały się niewyraźne odgłosy. Nie spała? Nie była ona typem nocnego marka, więc nie chciał się łudzić, choć miał nieodparte wrażenie, że nagły napad dudniącego, męskiego śmiechu nie był rzeczą normalną w tym mieszkaniu i o tej godzinie.
Głaz blokujący jaśniejącą od wewnątrz sztucznym światłem jaskinię osunął się, a w futrynie ujawniła się postać bynajmniej nie neandertalczyka. I mimo że student był niemalże w stu procentach pewien tego, że zastanie kobietę śpiąca, ta nawet nie była w piżamie. Miała na sobie ten sam strój, co na występie, w składzie biała, bawełniana bluzka, ciemnobrązowy, poliestrowy sweterek, prosta spódnica do kolan; poza tym, oczy miała podkreślone w zwyczajowy dla niej, nieinwazyjny sposób kredką, rzęsy zagęszczone, a usta malinowoczerwone. Jedyną różnicą w jej obecnej prezencji był brak kozaków, a zamiast nich kapcie.
Czarek, Chryste Panie! Ciągle krwawisz! ─ mówiąc z twarzą pełną naturalnej, matczynej wręcz troski, wciągnęła faceta za fraki do przedpokoju, jakby ten miał zaraz zemrzeć, a nie mieć trochę zaschniętej krwi nad górną wargą. ─ Przecież miałeś zrobić sobie okład z lodu w domu, co tutaj robisz? ─ zapytała, przy czym nacisnęła czarnymi paznokciami na mostek jego biednego nosa, na co on syknął i chwycił ją lekko za nadgarstek, oponując przed dalszym macaniem obrzęku. ─ Boli?
On ze skwaszoną miną wolno kiwnął potakująco głową. Chyba nie musiał sam zająć się swoją opuchlizną, gdyż pani domu włączyła piąty bieg matkowania. A to było jak dziewiąty krąg piekła.
Kto to? Cezary? ─ ozwał się z głębi mieszkania głos należący do aktualnego pana tej książkowej dżungli, Łukasza.
Tak! Czekaj, wciąż mu leci krew, muszę mu to zatamować.
Oczywiście usiłowania zbadania wzrokiem pokoju dziennego, który o niewłaściwej porze pełnił swoje funkcje zakończyło się fiaskiem, tak samo jak zdjęcie butów przez chłopaka, ponieważ Zośka się w tańcu nie pierdoliła ─ dwie sekundy i poszkodowany siedział na krześle w kuchni, gdzie była zlokalizowana apteczka.
Mieszkanie to nie było olbrzymich rozmiarów, natomiast przez liczbę stosów książek, które można było zobaczyć w każdym jego kącie, samo nasuwało się stwierdzenie, że jest z gumy. Ściany wszędzie miały ciepły, piaskowy odcień, jednakże z wyjątkiem kuchni, gdzie od listwy do połowy była przyklejona biała tapeta w brązowe kontury różnych przyborów kuchennych. Miało swój urok. Pomieszczenie będące jednocześnie kuchnią i jadalnią było wąskie, dlatego goście zwykle stołowali się w dużym pokoju. Mimo wszystko ustawione były przy stole cztery obite miękkim materiałem krzesła, a po przeciwnej stronie rozciągały się marmurowe blaty z tysiącem szafek wiszących. Jedną z nich była właśnie apteczka.
Znowu jakieś śmiechy-hihy, które wybiły Czarka z rytmu rozwiązywania mokrych butów. Zaczął energicznie stukać na telefonie wyciągniętym z kieszeni jeansów, po czym pozostawił go na stole z włączonym wyświetlaczem. Szatynka po zawinięciu lodu w szmatkę kuchenną przeczytała wiadomość.
Zgubiłem klucze do domu. Mogę u Ciebie przenocować?
Jasne, że możesz, ale.. jak to „zgubiłeś"?
Cezary wzruszył wyraźne ramionami, zdejmując jeden z butów, wziął ponownie komórkę, a kobieta z największą ostrożnością przyłożyła miękką, zimną tkaninę najpierw do płatka nosa kolegi, a następnie nieco wyżej, przez co on wstrzymał w ustach zbolałe westchnięcie.
Co to za nocna impreza?
Leia wykrzywiła się, układając sobie słowa w głowie, a jednocześnie molestując zębami swoją wargę, choć była w pełni świadoma tego, że tych głośnych rozmów przy alkoholu nie dało się nie słyszeć. Biodrem oparła się o mebel, przy którym siedział nowy gość.
Chłopcy nie mieli jak zapłacić za hotel, lokal się jeszcze z nimi nie rozliczył i..
Ten wyprostował się jak struna, aż jego twarzoczaszka niemo zawyła z bólu.
Czarek, ale spokojnie.
Zatrzasnął wręcz powieki, jakby usiłował policzyć do dziesięciu.
Przeprosicie się i wszystko będzie w porządku, naprawdę. Oni są mega. Właśnie rozmawialiśmy o weselu..
Mężczyzna zaczął wykonywać procedurę natychmiastowego zawiązywania butów.
Cezary, do cholery! ─ zbulwersowała się wreszcie dobra samarytanka, ciągnąc jego głowę za skołtunione włosy, aby skupił się na niej, a nie na obmyślaniu planu ucieczki. Jednakże ewakuację unieskutecznił dodatkowo nowy gość tego pomieszczenia.
Chłopak, mimo uścisku na ciemnobrązowych kołtunach, zerknął sobie przez obite ramię, gdyż siedział tyłem do wejścia. Na jego twarz miało zawitać zobojętnienie, jednakże drgająca, krzaczasta brew nieco zdradziła jego podenerwowanie. Co miał zrobić? Napisałby mu ewentualnie na kartce: „Cześć, cwelu, złamałeś mi nos dwie godziny temu.", aczkolwiek bał się, że nagle w tle usłyszy gong i rozpocznie się druga runda. Przecież nie chciał sobie brudzić rąk.
Facet odtrącił rękę Zośki, gdy ta już ją zabierała, a jej buźka, w kontraście do tej czarkowej, rozpromieniła się od bieli wyszczerzonych w szerokim uśmiechu równych zębów. Jakby w defensywie dla Czarka chciała oślepić delikwenta stojącego w przejściu.
Jednakże ten nie był tym zrażony i mówił o tym jego kamienny wyraz twarzy. Zmrużone, zielone jak jadeit oczy mierzyły Cezary od stóp do głów, jakby on również niewystarczająco się na niego napatrzył. Te kamienie nie emanowały opanowaniem i spokojem, raczej z sekundy na sekundę rosnącą pogardą i obrzydzeniem. Rude, naturalnie falowane włosy na długość były mniej więcej za kark, a żywioł tak je potargał, że te rozsypane były po połowie jego zarośniętego szczeciną ryja. Teraz, oprócz bandaża oraz bandany student wybadał, że piegus miał bliznę ciągnąca się przez jego lewą brew. I oczywiście te parę otarć.
Daj, wrzucę to do lodówki. ─ mówiąc Zofia, susząc zęby, wyciągnęła ręce do siatek z alkoholem, które targał ze sobą rozpinający płaszcz mężczyzna.
Aczkolwiek gitarzysta był dużym chłopcem, sam chciał odłożyć trunki do schłodzenia, toteż minął w wąskim przejściu kobietę, która ustąpiła mu, koniec końców. Gdy z brzdękiem zrobił, co miał uczynić, zawrócił z puszką piwa w ręce i, gdy mijał zdezorientowanego okularnika, postraszył go szybkim i głośnym tupnięciem tuż obok jego nogi, na co ten prawie z krzesła spadł.
Mam wrażenie, że jednak się polubicie!
Czterooki zgromił ją wzrokiem spod byka, po czym sięgnął po tabletkę przeciwbólową, którą mu przed momentem podsunęła wraz ze szklanką wody.
„To będzie długa noc."

i ─ Voiceless

Czarek to 21-letni mieszkaniec Katowic, który oryginalnie wychowywał się w Gliwicach. Ślązak bez grama śląskości w swoim akcencie, aż szkoda. Choć jego ojciec w związku z tradycją rodziny jeszcze godo i nieraz zdarzyło mu się brać udział w demonstracjach 16-ego grudnia, po jego synu już nieco trudniej wnioskować bycie rdzennym Ślązkiem. Nie chce autonomii swojego regionu, nie wyzywa ludzi zza rzeki, nie używa Wikipedii Hanysów, jakiś taki z niego tajny agent. No, ale je żymłę.
Generalnie, wiecie więcej o Cezarym, niż jego znajomi z wydziału. Oni znają tylko jeden fakt o nim, który dla nich jest punktem A i Ż w relacjach oni-on ─ student miał nieudaną próbę samobójczą. Dlatego też nazywają go (gdy oczywiście nie słucha, nie bawmy się w przesadyzmy) emo.
Jednakowoż jest to jednocześnie świadectwem tego, jak ograniczona jest pojemność ich czaszek. Sówka nie miał nigdy nic wspólnego z tą subkulturą. Właściwie, jego śmierć nie wyglądała jak wynik depresji, gdyż trudno posądzić takiego gbura, chama, sukinsyna, nieokrzesańca, drania i chuja o coś takiego. Czaruś chciał zabić się tak, żeby nikomu tym samym nie zepsuć dnia. Było to rok i parę miesięcy temu, gdy nocą nad jeziorem był tylko on i cienka warstwa lodu pod nim, a gdy wyszedł na mniej-więcej środek tafli, nad nim. Z braku laku, sznur trzeba było kupić, tak samo jak środki nasenne, a potem się znajdzie jego ciało, będzie wielka tragedia, załatwianie pogrzebu, stypa.. A woda jest wszędzie.
Potem wykazano, że Cezary nie zażywał alkoholu, zrobił to świadomie i za to miał półroczną odsiadkę w psychiatryku, w trakcie którego musiał sobie już na starcie studiów zrobić urlop dziekański. Tak, wciąż był na pierwszym roku.
Lecz po wyjściu z tego więzienia ze złodziejami w kaftanach jakoś nie poczuł się zdatniejszy do użytku. Otóż, nasrał tak jakby we własne gniazdo tym swoim samozwańczym wypadem nad jezioro. Mężczyzna był dobrym mówcą, lubił się dzielić swoimi filozoficznymi myślami, był artystą, poza tym, miał taką cichą chęć, aby kiedyś spróbować swoich sił w stand-upie. Niegdyś rozważał prawo, zaczynał żałować, że wybrał politologię.
Niestety, Czarek jest od ponad roku niemową z przyznaną III grupą inwalidztwa. Co ciekawe, nie ma uszkodzonych strun głosowych, lecz otarciu się o śmierć z szoku zaniemówił. Jest w stanie jedynie jęknąć, stęknąć. Ponadto, nie używa języka migowego, więc jego stopień rozumienia się z otoczeniem jest mocno ograniczony. Jakby na dokładkę, mężczyzna nie ma zmysłu węchu, który jeszcze w brzuchu matki nie wykształcił mu się poprawnie. Innymi słowy, kaplica.
Oglądał się w lustrze, jak gdyby był bardzo zdziwiony, że to szkło ukazuje właśnie jego średniej jakości ciało. Nie wyglądał najlepiej, choć w istocie nieraz prezentował się jak truposz, na przykład podczas grypy żołądkowej. Jednakże jego zmęczenie to nihil novi, jakby to ująć na poziomie. Jakiś taki osowiały (bo Sówka, wszyscy się śmiejemy, czcijmy wyrafinowane żarty), niemrawy, podwójna dawka żelaza i magnezu, szczypta witaminy D ─ to postawiłoby go na nogi.
No, chyba to wybiłoby mu z głowy na 5 minut chęć zamordowania Zośki, jej widzimisię i jeszcze skręcenia karku około dwóm setkom ludzi. To był ten moment, w którym mógłby ścisnąć gardło, unieść wysoko wykarczowaną brodę i wykrzyczeć w nieboskłon, jak jego grzeszna dusza opuszcza jego śmiertelne ciało.
Otóż, gdy przed drzwiami rozsuwanej szafy w przedpokoju ciemnowłosy się pindrzył w lustrze, układając jakoś normalnie włosy, w tle przygrywała mu „muzyka" zespołu, o którym świergotała mu pani Leia, gdy udawali się do domów. Laptop, z którego wydobywały się ów niezidentyfikowane dźwięki, miał już zafundowany lot w jedną stronę przez okno. To ósme piętro, to nie przelewki.
Czarek jako człowiek sztuki chciał się zaznajomić z tematem i to był wielki, karygodny błąd w jego wykonaniu.
„Jakie gówno. I ją jara ten jazgot? Ta perkusyjna arytmia? Muzyka trzykrotnie głośniejsza od wokalu.. chociaż to może i lepiej. Co za fałsz. Ten pijacki bełkot. A ten tekst, którego w ogóle nie słychać? To jest po polsku, bo nie rozumiem? Przez pierwszą minutę wydawało się, że to znów jakiś ruski disco-dziwoląg, ale jednak było tam to chamskie, nieumiejętne rzucenie „kurwą". I to jest wersja studyjna. Dajcie mi kopyto i jeden nabój. Albo nie. Ile tych czubków jest w tej bandzie?"
I z tym optymistycznym akcentem trzasnął przenośnym komputerem, zamykając system siłą. Źrenice wymierzył momentalnie w telefon spoczywający na krawędzi biurka, jakby pod wpływem tej okropnej muzyki chciał skończyć swój żywot, rozbijając się o tytanowe płytki w pokoju dziennym. Czarek miał jeszcze jakieś szanse. Mógł swoim aktorstwem coś uzyskać, mógł również negocjować, bądź też zwyczajnie nie przyjść, co dla niego skończyłoby się śmiertelnie w skutkach (a wbrew ogólnemu przekonaniu, teraz tak bardzo, jak nie chciało mu się żyć, tak nie chciało mu się umierać). Jednocześnie sam zadręczałby się wyrzutami sumienia, musiałby oddawać przyjaciółce pieniądze, żeby pozbyć się na trochę tej winy wystawienia jej.
Wziął głęboki, lecz bezgłośny oddech. Wejrzał w lustro. Bawełniana, biała bluza z kapturem, skórzana kurtka harleyowca z dziurawymi kieszeniami (jedyna wyjściowa w jego garderobie, niestety), jeansowe, niebieskoszare wraglery w stylu pożalsięboże z podwiniętymi lekko nogawkami i lakierki. Szyk, lata osiemdziesiąte i młodzieżówka XXI wieku, genialnie to ugrałeś, Czarku. Dodatkowo roztrzepał sobie włosy i to tak, że zelektryzowane stały mu na środku głowy, jak grzebień kogutowi. No co. Idzie do plebsu, będzie wyglądał jak plebs.
Lokal był bardzo kameralny. Miał w sobie elementy artystyczne, jak niewielkie obrazki popartowe jednakowych wymiarów porozwieszane na ścianie w jeden wielki napis „MUSIC" na ścianie nad niewysoką, drewnianą sceną. Wszystko utrzymane było w stonowanych odcieniach brązu, beżach, same siedziska to były wygodne pufy, po trzy przy stoliku i rozstawione tak, aby każdy miał dobry widok na występujących. Konsola dźwiękowca po prawej stronie, pełno kabli i nieopisane pstryczki. Minimalizm, to, co ludzie często cenią, gdy artysta powinien stanowić rozrywkę wieczoru. Aczkolwiek Czarek już zdążył skrytykować tu wszystko, przede wszystkim banał, na jaki szarpnęli się projektanci, robiąc ten przykuwający oczy tekst na nad muzykami.
Ano, muzykami. Ciężko było tak nazwać pustą perkusję, statyw na mikrofon, dwa stołki i coś, co przypominało głośnik, lecz było instrumentem pełniącym rolę bębna. Generalnie, była już godzina 21:15, a występ się nie zaczynał, toteż wszyscy mieli czas się rozsiąść i rozgadać o aktualnościach. Niespecjalnie cierpliwy Sówka już siedział z założonymi nogami i rękami, z wyjątkiem, że tymi pierwszymi lekko podrygiwał nerwowo, a tymi drugimi kontrolował czas. Co rusz mierzył wzrokiem przeglądającą coś w internecie Zośkę. Jak zwykle szałowo się prezentowała ze swoją baranią fryzurą, pachniała na promień 2 metrów świeżo ściętymi różami, jak zawsze miała ze sobą swoją mieszczącą słonia torebkę i ogromne pokłady anielskiej cierpliwości. Cała ona.
Czarek podsunął jej telefon z napisaną wiadomością w notatniku:
Chcesz na nich czekać w nieskończoność? Może w ogóle nie przyjdą.
Spokojnie. Dajmy im jeszcze czas. Zbawi Cię dodatkowe 20 minut? ─ mówiąc, posłała mu miły uśmiech, jakby nie mówiła o zaprzepaszczonej (ponad) godzinie, którą można poświęcić na tysiąc innych rzeczy, a pytała, czy chce kawę z mlekiem, czy bez.
Oburzony okularnik poprawił bryle na nosie, po czym wziął jednym ruchem telefon, zaczynając intensywnie klikać palcami po ekranie, jakby ktoś mu naliczał czas.
Zaciągnęłaś mnie tutaj na jakiś oszołomów, o których nigdy nawet wzmianki nie widziałem w sieci, a teraz każesz mi na nich czekać?
Tak. Dokładnie.
W tej sytuacji, chłopak nie miał nic do dodania. Spasował, podpierając sobie głowę dłonią i ciągle bujając jedną z nóg, jakby miał postępujące ADHD, które osiągało najwyższe stadium. Wyglądał jak przedszkolak na spotkaniu biznesowym matki, tylko, że nie wchodził na stojąco pod szafę, trudno byłoby to uczynić chłopakowi mierzącemu 2 metry. Tylko bez 20 centymetrów.
Gdy ludzie zaczynali już zbierać płaszcze, torebki i inne swoje rzeczy razem z dupami (podczas gdy Zosia dzielnie trwała, rozglądając się po pomieszczeniu, a Czarek złączył dwie pufy i się na nich położył, przez co ludzie patrzyli na niego jak na debila), wskutek czego sala nieco opustoszała przez tych nieco bardziej narwanych, aczkolwiek na scenie pojawił się wreszcie ktoś z personelu, który z potem na czole obwieścił:
Przepraszamy państwa za opóźnienia, ale napotkaliśmy minimalne problemy techniczne wynikające z częściowej niedyspozycji jednego z członków zespołu. Ale już wszystko, że tak powiem, gra. ─ tutaj zaśmiał się nerwowo, a siedzący już jak człowiek Cezary wywrócił oczami na ten wyszukany żart. ─ Raz jeszcze zapraszam państwa na występ Zespołu.. Sawanta.
W tym momencie Sówka pomyślał, że nie powinni się nazywać zespołem sawanta, a downa, bo to złośliwa cholera była. Tak czy owak ─ zaczęło się. Gdy miły pan w białej koszuli i krawacie w paski znikł z pola widzenia gości, na jego miejsce zjawiło się 4 mężczyzn. Jeden z nich, bardzo wysoki, ale, jakby to grzecznie ująć, przy kości, z dwudniowym zarostem, kucykiem z tyłu głowy, owłosionymi łapskami i, uwaga, akordeonem dopełniającym jego brzuch, który, sądząc po jego wyglądzie, nazwał jakimś żeńskim imieniem. Drugi miał dredy i kozią bródkę, czyli szatańskie połączone, koleś usadowił się od razu za perkusją, ale to dało się przewidzieć, widząc jego stalowe ramiona wystające zza bezrękawnika. Trzeci natomiast był stosunkowo niski i chyba najszczuplejszy, a przypominał takiego, co urwał się z kółka szachistów, gdyż miał na sobie koszulę w czerwono-zieloną kratę z krótkim rękawem, żółtą muchę pod szyją, denka od jabola na oczach, a we włosach hektolitr żelu; chłopaczyna z czymś, co chyba imitowało zmiotkę, zasiadła na bębnie i to tak szeroko, że prawie szpagatem. Ostatni członek był jednak z aparycji najdziwniejszy, no właściwie tuż obok Szatana reggae. Facet był rudy, aczkolwiek miał czarne końcówki włosów i pasemka; standardowo blady, skoro ryży i piegowaty nie tylko na rękach; miał parę widocznych geometrycznych tatuaży oraz zielone oczy, których kolor był średnio widzialny w takim oświetleniu. Aczkolwiek najbardziej rzucającym się w oczy elementem jego prezencji była czarna chusta w czaszki przepasająca mu niskie czoło, która zakrywała fragment białego materiału; poza tym miał masakrycznie obdrapaną facjatę, jakby zarył nią porządnie o beton. I to było prawe tak komiczne, jak jego wejście na scenę, albowiem początkowo potknął się o schodek, omal nie robiąc krzywdy swojej czerwonej gitarze akustycznej, a potem prawie nie trafił w stołek. Jednakowoż usadowił się przed mikrofonem po odnalezieniu kabla pod nogami, a to było niebywale trudne.
Czarek w tym czasie oczywiście podsunął podekscytowanej przyjaciółce telefon:
Napierdolony jest. A cała reszta wygląda jak banda idiotów.
Zośka nakierowała źrenice na jego żółte paznokcie w kropki, tamten je natychmiast schował, zwijając dłoń w pięść. W tej samej chwili grubasek tego bandu dorwał się do statywu, wyjmując mikrofon i włączając go, poprawił kabel, po czym odezwał się dosyć łagodnym głosem:
Eeeee, no tak. Jesteśmy. Przepraszamy za to spóźnienie, ale robiliśmy, co w naszej mocy, żeby się tutaj zjawić jak najszybciej, toteż.. nie udało się. Ale już jesteśmy obecni tutaj z Wami. ─ mówiąc, kręcił się nieco po drewnianej podłodze, nie utrzymując kontaktu wzrokowego z publicznością, a rękę miał wsadzoną w kieszeń jeansów. ─ Generalnie, mamy taki zwyczaj, że chcemy, żeby publiczność nas poznała. A więc ja jestem Andrzej, ten za perkusją to Stasiek, z gitarą Julek, tam z tyłu w cieniu siedzi Michał. Ale żeś się skitrał, bracie. Pochodzimy wszyscy z Mazur, to nasza pierwsza trasa, a gramy razem od, pi razy drzwi, 5 lat. Dla integracji fajnie byłoby, jakbyście jednym głosem wypowiedzieli swoje imię, bo spędzimy tu razem pół nocy, dobra? Na trzy-cztery.
Towarzyszka Czarka zachichotała cicho, przykładając sobie rękę do ust, wpasowując się w śmiechy pozostałych na sali osób. Sówka patrzył na nią, jak na wariatkę. Zresztą, na tego z mikrofonem też.
Trzy, czte-ry!
I jak charyzmatyczny gitarzysta zarządził, tak o dziwo reszta ludzi postąpiła. Choć trudno było nie domyślać, dlaczego byli tacy zgodni, prawie wszyscy dzierżyli w ręce zieloną butelkę. Odezwali się niemalże wszyscy, pomimo poprzednich wzburzeń z powodu nieobecności muzyków. Może teraz stwierdzili, że warto było czekać?
..A ty? ─ mówiąc, luźno wskazał ręką na pewnego szatyna z gniewnym wyrazem twarzy w okularach. Chyba wiadomo, o kim mowa. ─ Protest? „Nie, nie powiem im, jak mam na imię, bo mnie namierzą, Jolka!"
W sumie, teraz to bardziej wyglądało jak wstęp do kabaretu, niżeli jakiś wartościowy występ grajków. Na licu Czarka malowało się wkurwienie, bo nie płacił im za gadanie. Właściwie, to w ogóle im nie płacił, to Zosia im przecież kupiła bilety.
Nie jestem Jola, tylko Zosia. ─ sprostowała kobieta, gdy śmieszek ludzi wypełnił cztery ściany.
Jak, jak?
Zosia!
A, Zośka! Dobra! A jak Twój milczący chłopak?
Zocha! ─ odezwał się troglodyta z dredami.
To Cezary. I jesteśmy tylko przyjaciółmi.
..Oh. To musiało boleć, bracie. ─ skomentował koleś, po czym znowu wzniósł się rechot z tyłu. Czarek niewzruszony siedział dalej, tylko jego mina wzbogaciła się o parę zmarszczek złości. ─ Dobra. To nasz pierwszy numer. ─ i oznajmiając to, zamontował mikrofon na statywie, zaraz udając się po swój instrument i usadawiając się na stołeczku w czasie, gdy zachęcające oklaski odbijały się od ścian.
Rudy poprawił swoje uczesanie niecelnym ruchem ręki, przez co wyglądał jak Cobain w tym świetle, przysunął się z krzesełkiem do stojaka i zaczął ochryple i nisko śpiewać, zanim inni zaczęli grać, wkrótce go doganiając. Jego gęba w żaden sposób nie odznaczała się znakami wczucia w muzykę, bardziej był to grymas, jakby nieudolność tej przyśpiewki aż go bolała. Krzywił się znacznie, od czasu do czasu wplatał między linijki syknięcia i odchrząknięcia, aczkolwiek dobrze one oddawały klimat piosenki o ucieczce z miasta z plecakiem, bez jedzenia, prawa jazdy i planu. Romantyczne, acz Czarek jako krytyk od siedmiu boleści także na wielce usatysfakcjonowanego nie wyglądał. Ściągnął nieopanowane rzez żadną siekierę brwi, mierząc się na wzrok z wokalistą, który podłapał tę zagrywkę. Jak „Julek" nie patrzył na struny, to puszczał oko do panienki z tyłu albo właśnie gromił zielonymi ślepiami niezadowolonego słuchacza. Lecz nie tylko pseudo intelektualista męczył się na tym występie.
Po minach zgromadzonych można było spekulować, że właśnie są zaintrygowani faktem, dlaczego tu jeszcze są i dlaczego kupili bilet na ten mini koncert. Jakby to ująć, żeby nie ucieszyć japy Czarusia?
Cóż, było oryginalnie. O ile zestawienie ze sobą tych instrumentów było fenomenalnym pomysłem, o tyle przy praktyce ten teoretycznie dobry plan był niczym dobrym. Cholera wie w sumie, co wyczyniał wokalista. Raz wysoko, raz za nisko, zupełnie nie zgrywał się z podkładem chłopaków z tyłu, choć jego mina zdradzała też pewność siebie, jakby był przeświadczony o tym, że to on jest tu gwiazdą. Mężczyźni próbowali się dostosować i trzymać fason, przez co wychodziło jeszcze gorzej, niż można było wcześniej się spodziewać. Polska tragedia.
Czarek bardzo klął, że nie może buczeć albo ich wygwizdać. Zapasy litości zostawił w domu. W szafie. W najciemniejszym kartonie. Ale nie obwiniał całej cyrkowej trupy, tylko jednego klauna.
Gdy całość dobiegła końca, była godzina zero nad ranem. Pogawędki między piosenkami były najlepszą wstawką, jaką mogli im zafundować, zwłaszcza na odprężenie po 2-3 minutach dociskania sobie dłoni do uszu. Po kilkugodzinnym piorunowaniu rudzielca wzrokiem, okularnik przedsięwziął stanowcze środki. Jeszcze tamci nie ukłonili się, ludzie zaczynali się ubierać, a Czarek działać. Z nieco popsutym nastrojem Zośka grzebała w torebce, chcąc coś za wszelką cenę odnaleźć, przez co nie zwracała uwagi na osobę kolegi. Wtem, gdy wszyscy na scenie i poza nią podnieśli swoje cztery litery, w jednym z mniejszych głośników przy opuszczonej konsoli z prawej strony pomieszczenia, rozbrzmiał syntezator mowy Ivona ze swoim standardowym, kobiecym głosem:
To był najbardziej chujowy występ, na jakim kiedykolwiek byłem. Gratuluję, jebnęliście głową o samo dno. Żądam zwrotu pieniędzy za ten pokaz idiotyzmu.
A na końcu kabla był smartfon trzymany przez Cezarego. Wszyscy patrzyli z niedowierzaniem na szatyna. Zośka prawie z butów wypadła. Właściwie, jedyne co Sówka potem zapamiętał, to pięść sunącą w jego stronę. Na palcach miał wytatuowane karo, kier, trefl i pik.

0 ─ Chocolate Signals

25 marca 2015.
Szkła okularów wmontowane w 25. stronę repetytorium, oprawki wbudowane w za ciężką głowę Czarka ─ jedna z typowych instalacji Biblioteki Uniwersyteckiej w Katowicach w godzinach od 16:00 - 17:00 w tygodniu.
No tak. Depresyjna drzemka studenta politologii zaliczona.
Czarek! ─ zawołał znajomy, lecz w tym momencie tak znienawidzony, wibrujący w uszach głos. ─ Czytałeś moje sms-y z wczoraj?
Mężczyzna w rozpiętej, kraciastej koszuli lekko drgnął ramionami, po czym wyprostował się nieco, wciąż trzymając osuwające się łokcie na blacie. Ciemnoszare oczy, sine okolice dolnych powiek, okulary z dużymi szkłami i cienkimi, srebrnymi oprawkami oraz bladość. Przebarwienia na ramionach, które widoczne były zza podciągniętych rękawów, jaśniejsze, niezidentyfikowane ślady po czymś na odsłoniętych nadgarstkach. Męskie, nieco dzikie brwi, trochę pryszczy, sine, wykrzywione, suche usta. I te paznokcie pomalowane na żółto z czarnymi kropkami w jego ulubionym stylu pożalsięboże, widać, że robione, żeby zrobić.
Nie czytałeś. ─ odpowiedziała na swoje pytanie Zosia, studentka z wydziału prawa i administracji, przyjaciółka Cezarego z liceum. Nieco kujonowata, uporządkowana szatynka wiecznie widziana z neseserem w ręce i czarną, skórzaną, bezdenną torebką. Ze względu na zawijanie sobie dużej, a'la ślimaczej muszli z boku głowy z włosów zawsze studenciak utożsamiał ją z owcą. Albo z ½ Księżniczki Leii.
Wyczytała ów informację z wyrazu twarzy mężczyzny, który wyrażał właśnie coś między "oczywiście, bo nie mam nic lepszego do roboty o 8:00 wieczorem, będąc żałosnym i niespełnionym artystą" a "zabij mnie". Odchrząknęła, przygładziła jasnobeżową sukienkę z tyłu i usiadła obok niego, nachylając się w jego stronę całym ciałem.
Miałeś mi pomóc z organizacją muzyki na weselu.
Tak, Zosia miała brać ślub w to lato, tym samym usilnie próbowała znaleźć jakiś dobry zespół, który za niewielkie pieniądze zagrałby w lokalu, który miała wynająć. Jednakże jej narzeczony był upośledzony muzycznie, toteż uderzyła do swojego najlepszego przyjaciela o artystycznej duszy, choć ten początkowo jej zasugerował braci Golców.
...
Dzisiaj o 21:00. Dwugodzinny koncert. Ty i ja, ja i ty. ─ mówiąc, paznokciem trąciła jedną z jego pięści, które chyba tempem zacisków miało sygnalizować coś morsem. Coś w stylu: "nie ma mowy". ─ Kupiłam nam bilety.
Okularnica wygięła cwaniacko swoje usta w uśmieszku takim, jakie rysowano czarnym charakterom bajek Disneya w celu wywołania u widza trwogi albo ataku złości na skurwysyństwo gagatka. Aczkolwiek Czarek jedynie wciągnął bezgłośnie powietrze, zamykając oczy, jakby chciał osiągnąć stan nirwany. Tak, jak to robią dorośli, gdy ktoś im przypomina o spłacie kredytu hipotecznego.
Wiedziała, jak go zajść. Niby tak trochę pod włos, żeby potem szarpnąć za te poskręcane kudły, unieść znad ziemi i rzucić przed fakt dokonany.
To niszowa kapela, słuchałam kilku ich kawałków na YouTubie, wiesz. Wydają się być tacy.. niestandardowi. ─ tłumaczyła, jakby chciała złagodzić tą zmarszczkę złości na czole studenta. ─ Ni to techno, ni to rap, rock, reggae, country coś. Takie homoniewiadomo! Śmieszni są, może Ci się spodobają. Chcę usłyszeć ich na żywo. Mógłbyś pójść tam tak, jak jesteś.
Mężczyzna oparł się o, o ironio, oparcie. Wyprostował się, uniósł ręce, co z pozycji osoby trzeciej mogłoby wyglądać tak, jakby chciał swoją współrozmówczynię uderzyć, łamiąc sobie przy tym te kościste dłonie w imię Karmy lub też żywo ruszyć tymi skrzypiącymi grabiami w ramach gestykulacji, czemu zdecydowanie przeczyła jego cierpiętnicza mina. Złożył ręce w mało czytelny znak, zaraz korygując jego zdeformowany kształt.. lecz na tym poprzestał, gdy Zosia ujęła lekko jego dłonie, po czym odłożyła na jego kolana, jakby to była czekolada wysuwana w stronę anorektyczki.
Idziemy.

THE VOCAL FOLDS INSIDE HIS EARS

wat Czarek ─ niedoszły samobójca w trakcie studiów politologii. Julek ─ emerytowany grajek po 20-stce bez pieniędzy.

Zespół Juliusza ma kryzys po utracie słuchu przez wokalistę, który nie może tworzyć nowych tekstów. Z braku dochodów rwą się na niewielką trasę po Polsce z ich starszym repertuarem, a deficyt budżetowy nie pozwala im na wynajęcie pokoju w hotelu w Katowicach.
Zofia usilnie stara się załatwić oprawę muzyczną na swoje wesele, zobowiązuje się jej pomóc bardzo krytyczny Cezary.
Temperament studenta staje się ogniem zapalnym konfliktu, przez co muzycy odwołują następne występy, a sama grupa rozpada się jakieś 500 kilometrów od ich miejsca zamieszkania.
Co teraz?

Czyli trochę wojen, szturchania i przekomarzanek w rytmie HappySadu.

► ... ◄ ─ wiadomość tekstowa
» ... « ─ wypowiedź w języku migowym
„..." ─ myśli, inne