Takie poboczne coś, co mi zalegało na dysku. Enjoy.
***
Cezary był nabuzowany od rana. Jakby grypa to było mało, a w składzie przecież hektolitry glutów, bóle mięśni, o których istnieniu nie wiedział, stan skaczący od podgorączkowego do japierdolęjuliuszwłóżkujestwhitneyhouston i inne objawy. Normalnego człowieka przykuje to do łóżka, weźmie sobie L4 od szkoły, powagaruje z pracy.
Ale Czarek nie mając stereotypowej psychiki, znudził się wegetowaniem pod kołdrą i dwoma kocami. Nie, on będzie robił pranie. Pozmywa naczynia, bo ten troglodyta nie umie. Wypucuje okna ścierą do gitary, toaletę umyje niebieską szczoteczką, podłogę pozmywa koszulką Linkin Park i idiocie jeszcze nasmarka do obiadu.
Tak, Juliusz go wnerwił wczoraj. Co zrobił? Właściwie nic. Oddychał, znowu dupą robił mu charakterystyczne wgłębienie w sofie, coś brzdękolił, coś miauczał pod nosem o czarnych oczach. I tatuażach jak u Yakuzy, pod garnitur, a to student odebrał jako realną groźbę ─ zagrożenie dla jego kieszeni i gustu. Rudy zaś się usiłował sprzeczać, naiwnie myśląc, że jest wolnym człowiekiem i jego zdanie się liczy w tym domu. Okularnik wypełzł wtedy ze swojego kokonu, chusteczki do nosa gdzieś poszybowały w stronę karniszy, a mięso wypełniło cztery ściany w całej objętości. A muzyk ostatecznie jedynie zadziornie się uniósł kącik ust, odchylił podgoloną potylicę w tył i parsknął śmiechem. Wtedy pan politolog go uderzył z pięści w klatę, a potem cztery litery przetransportował do sypialni, gdzie się zamknął na resztę dnia, nie słuchając tego rechotu o za ciasnej gumce w majtkach i coś tam o spiętych pośladkach.
Właściwie, nie wiedział, dlaczego tak się uniósł. Gdy już się zapakował do łóżka, dręczyło go to jakiś czas. Aczkolwiek niedługo, bo szybko zasnął.
Teraz Czarek ślęczał przed bębnem pralki z wiklinowym koszem i do jasnych bokserek, bezrękawników, koszulek i dresów wrzucał swoje dwie malinowo-różowe koszulki, jednocześnie wycierając sobie czerwony jak u rasowego alkoholika nos ręcznikiem współlokatora. Jęknął, ściągając na chwilę okulary, aby otrzeć załzawione powieki. Położył swój rynsztunek obok, na kafelkach. Westchnął głośno, zerkając na nie.
„Upierdolone jak pięty Cejrowskiego.”
A w magicznej maszynie, której Lemiszewski, wielki technik, nie umiał obsługiwać, było za mało ubrań. Niestety, mężczyzna poderwał się, założył pingle na oczy, coby się nie zabić we własnym domu, po czym powędrował do legowiska. Tam miał pod dostatkiem białej, oczywiście nie swojej, bielizny.
Wysunął szufladę, badając swoim przenikliwym wzrokiem jej zawartość, a jednocześnie szukając kandydatów do barwienia. Z wierzchu wszystko czarne, nuda. Cezary wywrócił szufladę do góry nogami, aby znaleźć przy okazji jakieś schowane na dnie, przypałowe slipy, aczkolwiek…
…na drewniane panele coś spadło. Coś, co wysunęło się z bokserek z buldogiem na lewym pośladku, który pewnie miał strzec tego przedmiotu. Zawiódł niestety.
Czarek odstawił przetrzepywaną część mebla na ziemię, po czym wziął do spracowanej, chudej ręki tę białą bibułę, przejeżdżając po niej palcem. Papieros? Nie. Sówka wiedział, że ten obibok czasem się nimi zaciąga, a student nie miał nigdy filtra w ustach, więc po cholerę miałby chować je. A raczej pojedynczą sztukę. Zresztą, Sowa aż tak ślepy nie był, to wyglądało zupełnie inaczej. „Czyżby…?” ─ spekulując intensywnie, marszczył krzaczaste brwi. Aż było widać trybiki pracujące na jego skroni. ─ „Nie, to niemożliwe…”
Rekonstruując tę scenę z Wiedźmina, obracał rulon między kropkowanymi paznokciami. Co on niby miał z tym fantem uczynić?
***
Juliusz, podobnie jak pewien przedstawiciel rzędu sów, nie był w sosie, a składało się na to wiele czynników. Na przykład, że rano zamiast gorącej jajecznicy, zastał kartkę z narysowanymi kanapkami z serem, sałatą i podpisem „smacznego :) musisz mieć siłę, żeby „pracować”, bo z moich pieniędzy nie będziesz się dziarał”. Ten mu odpisał tylko „Zrobię co mi się żywnie podoba bae ;)” i wyszedł z gitarą na plecach. Właściwie, nie to go zirytowało, tylko to, że w Subwayu nie mieli bekonu. A to było ciosem w serce dla takiego paskudnego mięsożercy.
A przez wysokie ciśnienie w rejonie Katowic rozsadzało mu głowę, nad którą metaforycznie i dosłownie zaczynało się chmurzyć. Zmókł nieco, włosy kleiły mu się do twarzy, a instrument odmawiał współpracy, rozstrajając się w trzy sekundy ─ nici z grania, ludzie mu wrzucili zaledwie trzy złote. Tłukły mu się po czaszce wizje o błogim relaksie w odosobnieniu od kaszlu, odgłosów udrożniania nosa i innych seksownych spazm rozkoszy. O takim bezdotykowym masażu, najlepiej na zwojach mózgowych; o rozluźnieniu całkowitym; o zapomnieniu o wszelkich problemach. Innymi słowy, królestwo za coś do spalenia.
A on jeszcze zawitał do apteki za kroplami do nosa z solą morską i Gripexem dla tej sieroty, coby nie rozsiewał bakcyli tygodniami, bo miał wczoraj takie nieodparte wrażenie, że Czarek wydmuchał nos w jego ręcznik.
W domu był około 19:00. Słońce nieśmiało wyglądało zza cumulonimbusów, rude pasma już wysychały, a tatuaż na ramieniu lekko muskany był przez przyjemne promieniowanie świetlne. Przekręcił klucz w zamku rodem z Alcatraz (który sam montował!) do mieszkania a ósmym piętrze w zamieszkiwanym przez niego od roku wieżowcu ─ wszedł. Siatki zaszeleściły, gitara brzdęknęła, uderzając o futrynę.
─ Jestem. ─ zakomunikował, nie licząc na jakikolwiek odzew. Zdjął buty i udał się do kuchni, kładąc zakupione leki na blacie. ─ Wziąłem Ci trochę prochów, smarku, słyszysz?
Dziwne. Ani rzutu patelnią przez pół pomieszczenia za śmieszkowanie, ani sakramentalnie wymachane „pocałuj mnie w dupę”… Lemiszewski początkowo spekulował, że okularnik uciął sobie szóstą w ciągu dnia drzemkę, więc po odłożeniu lekarstw na blat, nacisnął klamkę drzwi sypialni, pchnął je.. i wewnątrz nie zastał nikogo. Rozkopane łóżko z niebieską, paskowaną pościelą, szuflady powyjmowane z komody, papierki na podłodze… Gdzie był Cezary? Co, spakował się i uciekł do Zośki od nadmiaru focha? Albo co gorsza, do rodziców? Nie, chyba nie zostawiłby takiego burdelu, halo, to książę czystości. Na przyjście złodzieja odpicowałby cały dom na błysk.
─ Czarek? ─ zawołał głośno, mając nadzieję, że obrażalski Sówka jednak nie przedawkował syropu na kaszel i nie strzeliło mu do głowy, że może w ten sposób Julkowi zmieni światopogląd, bo on miał niekiedy idiotyczne rozwiązania konfliktów. Zwłaszcza jak jest chory.
Wtem zza krańca łóżka wyłoniła się rozhuśtana stopa, a gdzieś nad nią bardzo rozczochrana czupryna. Juliuszowi szum w uszach nie podpowiadał niczego, natomiast te zarośla rozpoznałby z 10 kilometrów.
─ Czarek, co ty, do cholery, wyczyniasz na podłodze? Wstawaj. ─ mówiąc, wszedł na materac, zaraz dostając się do swojej strony łóżka od okna i spojrzał w dół.
Okay, trzeba to opisywać stopniowo, bo Juliusza już ten widok znokautował. Był tu Sówka i leżał na brzuchu. W swoim podwiniętym, ciemnoczerwonym szlafroku i juliuszowej bokserce z logiem Supermana. Właściwie tyle, więcej na sobie nie miał. Aczkolwiek obok siebie miał paczkę Lay’sów paprykowych (inna walała się obok zgnieciona), a przed sobą w laptopie miał odpaloną Wyspę Totalnej Porażki. Twarz miał teraz obróconą w połowie do grajka z bardzo zdziwionym wzrokiem, a jedną z popisanych markerem rąk miał przytkniętą do lekko rozwartych ust. Lekko uśmiechał się do niego.
„Co się tu, kurwa, odpierdoliło?”
W przypływie nagłej myśli (czystym szokiem) odegnał te o nagiej dupie okularnika, a wierzcie, robił to z bólem. Wstał, złapał pod pachami, a potem wciągnął go łóżko na plecy, naciągając przy okazji materiał na miejsca studenta i przygważdżając go jednocześnie swoim ciałem, bo ten wiercił się od łaskotek.
─ Pogorszyło Ci się. Wyślę smsa Zośce, żeby zadzwoniła do szpitala. ─ stwierdził, nim nie położył dłoni na jego czole. Wszystko było we względnej normie. To znaczy, że ani nie było gorzej, ani lepiej niż wczoraj, za to na pewno bardziej niepokojąco, biorąc pod uwagę chichoty dobywające się spod Juliusza, których ten nie słyszał, za to bardzo dobrze widział.
Cezary jak trzylatek wojował z rechotem, wyginał się w łuk i wspierał na ramionach nieruchomego, rudego obiektu nad nim. Wierzgał nogami, przez co gitarzysta dostał z kolanka w zad i zaczynał robić się czerwony z wysiłku, bo śmiech potęgował zmęczenie chorobą. Zbity z tropu Juliusz chciał interweniować, bo faktycznie bolała go ciągle głowa i teraz nie miał ochoty na siłowanie się z tą podróbką Czarka. Czarek się nie śmieje.
─ Co Ci odbiło? ─ pytając ze zmarszczonymi brwiami, ujął jego podbródek i nakierował jego twarz na swoją. Wtedy właśnie ujrzał wyraźnie jego źrenice wielkie jak pierścienie Saturna. ─ …Cezar-…
I dostał z liścia w twarz. Jednak to był on. Złapał gnoja mocniej, tym razem za nadgarstki.
─ Słuchaj, bo się wkurwię nie na żarty.
Mniej więcej wtedy ogarnął, że groźby nie poskutkują, gdy ciemnowłosy intensywnie próbował ugryźć go w palce. Westchnął głośno.
─ Loja jolajna, Loja niejolajna.
Ten znów się zaczął cieszyć, zaniechając podgryzania mężczyzny, który to wykorzystał to, aby skupić na sobie jego uwagę.
─ Czy grzebałeś mi po szafkach?
Kiwnął głową.
─ Wziąłeś stamtąd taki biały papier?
Raz jeszcze. Facet już nie miał wątpliwości. Pan Idealny zjarał mu trawę i teraz był na niezłej orbicie. Przez głowę Lemiszewskiego przemknęło się krótkie „ja pierdolę”, które podsumowywało tą całą akcję.
─ Kurwa, po chuj ruszasz moje prywatne rzeczy? Ja obmacuję Twoje mazidła do twarzy? Rozwalam Ci pędzle albo chuj wie co? ─ wbijał w niego zbójecko wyglądający wzrok, wciskając go ciałem w materac.
Aczkolwiek do Sówki jak do bardzo zblazowanej ściany ─ jęknął coś i wił się pod nim z niesmakiem jak dżdżownica z rodowodem albo wąż z przetrąconym kręgosłupem. Juliusz zmarszczył gniewnie brwi, jakby miał go nimi zabić, jednakże to bardziej potężne brwi Czarka były w stanie coś takiego zrobić.
A Cezary opadł z sił. Uniósł podbródek walecznie i zza przymkniętych powiek bacznie lustrował piegowatą twarz, natomiast rudzielec opuścił się tak, aby czubkiem nosa się z nim stykać. A gdy lekko go zaczął trącać, kiedy złość zaczęła parować, okularnikowi napięły się mięśnie twarzy przed nadchodzącym chichotem. Musnął zgrabnie palcami jego udo wystające zza tkaniny, po czym uśmiechnął się zawadiacko, jak to miał w zwyczaju. Nie widząc ani obruszenia, ani zachęty, uszczypnął go, na ten odpowiedział mocnym wzdrygnięciem się, które przerodziło się w otarcie o mężczyznę, który bynajmniej nie wyglądał na spłoszonego. Czterooki uwolnił spod zmiękczonego uścisku swoją dłoń i ulokował na torsie skrytym pod czarną bokserką z napisem: „NERD? I prefer the term intelectual badass”. Tam, gdzie jej miejsce. Lemiszewski jak wcześniej skrupulatnie zawijał ten piekielny szlafrok, tak teraz z namiętnością go rozchylał, obdarowując jego właściciela pocałunkami na szyi. Powietrze wibrowało, ich ciała, zmysły…
A nie, to tylko ten jebany telefon, od którego łaskotania Sówka ponownie zaczął rechotać muzykowi do ucha. To jasne, że inaczej zignorowałby to i molestował ujaranego Czarka dalej, jednakowoż salwa wiadomości nie ustawała. Julek przerwał wszystko niechętnie, patrząc w skrzynkę, kim jest ten szczęśliwiec, który jutro nie będzie miał głowy. Adam, rzecz jasna.
„ej stary”
„masz może”
„gdzieś mojego śkupa”
„???”
„bo”
„gdzieś go wcięło”
„a ja wczoraj kupiłem bilet za 72”
„jestes”
„???”
„srsly”
„zobacz czy go nie wziales”
„ja jutro do roboty musze jechać”
„plz”
Juliusz już zaczynał mu odpowiadać „Tak kurwa, moim odwiecznym planem było zajebanie Ci karty miejskiej młody.”, aczkolwiek nim to zrobił, poczuł, jak ta roznegliżowana glizda wyślizguje się spod niego i obiera kurs na kuchnię, będąc zwabionym prawdopodobnie przez szynkę w lodówce.
Ściągnął piegi na czole razem, podrywając się za nim.
─ Co, gastro atakuje? ─ przemówił, stając w progu i obserwując, jak Czarek chłodzi głowę w zamrażarce. Podszedł do niego, objął w pasie od tyłu i cmoknął w bok szyi, wtedy zaś dane było mu raz jeszcze przeanalizować markerowe dzieło na przedramionach mężczyzny. ─ Hipokryta. ─ zaśmiał się.
─ Mmmm… ─ wymuczał Cezary po upewnieniu się dwa razy, że po zamknięciu drzwiczek nic się w lodówie nie pojawiło ciekawego, po czym raz jeszcze oswobodził się ze splotu silnych ramion, ewidentnie ignorując gody rudego, albowiem to chuda i cwana cholera była.
─ A ty dokąd? ─ mówiąc, chwycił jego nadgarstek i jednym, stanowczym ruchem jak w tango, obrócił go w swoją stronę, omal nie wywracając okularnika, choć do wywrotki nie była niezbędna jego pomoc.
Przyciągnął go tym szarpnięciem na tyle, że stykał się z nim klatą, co wywołało u Czarka sporych gabarytów oszołomienie. Studenciak zaszczycił go wzrokiem, aczkolwiek zaraz jego czoło wylądowało na piegowatym ramieniu, bo nadmiar wrażeń w trakcie grypy owocował w zawroty głowy. Bardzo asertywny Sówka zmienił swój stan skupienia w plazmę, gdy palce pozbawione linii papilarnych zacisnęły się na jego udach i uniosły go ku niebiosom. Czy już umiera? Dzień dobry, Święty Piotrze, my się już widzieliśmy. Gustowna tunika, ale złote sznury są passe. Srebrny brokat to przyszłość, chłopaki zza bramy oszaleją. Ale najpierw mnie wpuść, wieje mi po łydkach. Hasło: okoń.
─ Co ty… śpisz?
Jak z Tobą rozmawiam, to chyba nie śpię. Ale rozumiem, że nie jesteś za spostrzegawczy, jakby nie było, jesteś tylko odźwiernym… Czy ty mi chuchasz w szyję? A, nieważne zresztą. Po północy się zeruje.
***
Cezary zmartwychwstał po trzech godzinach. Rozchylił lekko powieki oraz przeciągnął się kocio, niehumanitarnie traktując biedną, skopaną kołdrę, chcąc mniej-więcej zlokalizować siebie samego w przestrzeni. W tym celu dorobił sobie trzy podbródki, zerkając w dół, na swoją bardzo niewyraźną, szarą koszulkę z Goofym, a także białe, zjeżdżające z niego dresy. I to przy takich łóżkowych akrobacjach mógł jeszcze oddychać! Null kataru, bólu mięśni i opuchlizna gardła zeszła razem z rozgrzanym kamieniem na jego czaszce. Co tu się...
Obrócił głowę w prawo, wymacał na ślepo okulary na etażerce, założył je ślamazarnie na nos, po czym spojrzał w lewo na drżący na pościeli kamień w czerwonej bluzie. Sówka zmarszczył konary swoich brwi, unosząc się znad gimbazyliona poduszek, po czym przesunął swoje cztery litery w stronę kamulca. Te rude kosmyki wyrastające się zza kaptura nie były bezpańskie.
Czarodziej przyłożył dłoń do czoła zwiniętego w kłębek Juliusza, po czym wygiął usta w grymasie. Narzucił na niego kołdrę, z której sam się wyplątał, wskoczył w laćki, a następnie podreptał do kuchni, chcąc sprawdzić, czy mrożony kurczak kupiony wczoraj nada się na rosół.
Nie całujcie się ze zblazowanymi smarkaczami, drogie dzieci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz