Czarek to 21-letni mieszkaniec Katowic, który oryginalnie wychowywał się w Gliwicach. Ślązak bez grama śląskości w swoim akcencie, aż szkoda. Choć jego ojciec w związku z tradycją rodziny jeszcze godo i nieraz zdarzyło mu się brać udział w demonstracjach 16-ego grudnia, po jego synu już nieco trudniej wnioskować bycie rdzennym Ślązkiem. Nie chce autonomii swojego regionu, nie wyzywa ludzi zza rzeki, nie używa Wikipedii Hanysów, jakiś taki z niego tajny agent. No, ale je żymłę.
Generalnie, wiecie więcej o Cezarym, niż jego znajomi z wydziału. Oni znają tylko jeden fakt o nim, który dla nich jest punktem A i Ż w relacjach oni-on ─ student miał nieudaną próbę samobójczą. Dlatego też nazywają go (gdy oczywiście nie słucha, nie bawmy się w przesadyzmy) emo.
Jednakowoż jest to jednocześnie świadectwem tego, jak ograniczona jest pojemność ich czaszek. Sówka nie miał nigdy nic wspólnego z tą subkulturą. Właściwie, jego śmierć nie wyglądała jak wynik depresji, gdyż trudno posądzić takiego gbura, chama, sukinsyna, nieokrzesańca, drania i chuja o coś takiego. Czaruś chciał zabić się tak, żeby nikomu tym samym nie zepsuć dnia. Było to rok i parę miesięcy temu, gdy nocą nad jeziorem był tylko on i cienka warstwa lodu pod nim, a gdy wyszedł na mniej-więcej środek tafli, nad nim. Z braku laku, sznur trzeba było kupić, tak samo jak środki nasenne, a potem się znajdzie jego ciało, będzie wielka tragedia, załatwianie pogrzebu, stypa.. A woda jest wszędzie.
Potem wykazano, że Cezary nie zażywał alkoholu, zrobił to świadomie i za to miał półroczną odsiadkę w psychiatryku, w trakcie którego musiał sobie już na starcie studiów zrobić urlop dziekański. Tak, wciąż był na pierwszym roku.
Lecz po wyjściu z tego więzienia ze złodziejami w kaftanach jakoś nie poczuł się zdatniejszy do użytku. Otóż, nasrał tak jakby we własne gniazdo tym swoim samozwańczym wypadem nad jezioro. Mężczyzna był dobrym mówcą, lubił się dzielić swoimi filozoficznymi myślami, był artystą, poza tym, miał taką cichą chęć, aby kiedyś spróbować swoich sił w stand-upie. Niegdyś rozważał prawo, zaczynał żałować, że wybrał politologię.
Niestety, Czarek jest od ponad roku niemową z przyznaną III grupą inwalidztwa. Co ciekawe, nie ma uszkodzonych strun głosowych, lecz otarciu się o śmierć z szoku zaniemówił. Jest w stanie jedynie jęknąć, stęknąć. Ponadto, nie używa języka migowego, więc jego stopień rozumienia się z otoczeniem jest mocno ograniczony. Jakby na dokładkę, mężczyzna nie ma zmysłu węchu, który jeszcze w brzuchu matki nie wykształcił mu się poprawnie. Innymi słowy, kaplica.
Oglądał się w lustrze, jak gdyby był bardzo zdziwiony, że to szkło ukazuje właśnie jego średniej jakości ciało. Nie wyglądał najlepiej, choć w istocie nieraz prezentował się jak truposz, na przykład podczas grypy żołądkowej. Jednakże jego zmęczenie to nihil novi, jakby to ująć na poziomie. Jakiś taki osowiały (bo Sówka, wszyscy się śmiejemy, czcijmy wyrafinowane żarty), niemrawy, podwójna dawka żelaza i magnezu, szczypta witaminy D ─ to postawiłoby go na nogi.
No, chyba to wybiłoby mu z głowy na 5 minut chęć zamordowania Zośki, jej widzimisię i jeszcze skręcenia karku około dwóm setkom ludzi. To był ten moment, w którym mógłby ścisnąć gardło, unieść wysoko wykarczowaną brodę i wykrzyczeć w nieboskłon, jak jego grzeszna dusza opuszcza jego śmiertelne ciało.
Otóż, gdy przed drzwiami rozsuwanej szafy w przedpokoju ciemnowłosy się pindrzył w lustrze, układając jakoś normalnie włosy, w tle przygrywała mu „muzyka" zespołu, o którym świergotała mu pani Leia, gdy udawali się do domów. Laptop, z którego wydobywały się ów niezidentyfikowane dźwięki, miał już zafundowany lot w jedną stronę przez okno. To ósme piętro, to nie przelewki.
Czarek jako człowiek sztuki chciał się zaznajomić z tematem i to był wielki, karygodny błąd w jego wykonaniu.
„Jakie gówno. I ją jara ten jazgot? Ta perkusyjna arytmia? Muzyka trzykrotnie głośniejsza od wokalu.. chociaż to może i lepiej. Co za fałsz. Ten pijacki bełkot. A ten tekst, którego w ogóle nie słychać? To jest po polsku, bo nie rozumiem? Przez pierwszą minutę wydawało się, że to znów jakiś ruski disco-dziwoląg, ale jednak było tam to chamskie, nieumiejętne rzucenie „kurwą". I to jest wersja studyjna. Dajcie mi kopyto i jeden nabój. Albo nie. Ile tych czubków jest w tej bandzie?"
I z tym optymistycznym akcentem trzasnął przenośnym komputerem, zamykając system siłą. Źrenice wymierzył momentalnie w telefon spoczywający na krawędzi biurka, jakby pod wpływem tej okropnej muzyki chciał skończyć swój żywot, rozbijając się o tytanowe płytki w pokoju dziennym. Czarek miał jeszcze jakieś szanse. Mógł swoim aktorstwem coś uzyskać, mógł również negocjować, bądź też zwyczajnie nie przyjść, co dla niego skończyłoby się śmiertelnie w skutkach (a wbrew ogólnemu przekonaniu, teraz tak bardzo, jak nie chciało mu się żyć, tak nie chciało mu się umierać). Jednocześnie sam zadręczałby się wyrzutami sumienia, musiałby oddawać przyjaciółce pieniądze, żeby pozbyć się na trochę tej winy wystawienia jej.
Wziął głęboki, lecz bezgłośny oddech. Wejrzał w lustro. Bawełniana, biała bluza z kapturem, skórzana kurtka harleyowca z dziurawymi kieszeniami (jedyna wyjściowa w jego garderobie, niestety), jeansowe, niebieskoszare wraglery w stylu pożalsięboże z podwiniętymi lekko nogawkami i lakierki. Szyk, lata osiemdziesiąte i młodzieżówka XXI wieku, genialnie to ugrałeś, Czarku. Dodatkowo roztrzepał sobie włosy i to tak, że zelektryzowane stały mu na środku głowy, jak grzebień kogutowi. No co. Idzie do plebsu, będzie wyglądał jak plebs.
Lokal był bardzo kameralny. Miał w sobie elementy artystyczne, jak niewielkie obrazki popartowe jednakowych wymiarów porozwieszane na ścianie w jeden wielki napis „MUSIC" na ścianie nad niewysoką, drewnianą sceną. Wszystko utrzymane było w stonowanych odcieniach brązu, beżach, same siedziska to były wygodne pufy, po trzy przy stoliku i rozstawione tak, aby każdy miał dobry widok na występujących. Konsola dźwiękowca po prawej stronie, pełno kabli i nieopisane pstryczki. Minimalizm, to, co ludzie często cenią, gdy artysta powinien stanowić rozrywkę wieczoru. Aczkolwiek Czarek już zdążył skrytykować tu wszystko, przede wszystkim banał, na jaki szarpnęli się projektanci, robiąc ten przykuwający oczy tekst na nad muzykami.
Ano, muzykami. Ciężko było tak nazwać pustą perkusję, statyw na mikrofon, dwa stołki i coś, co przypominało głośnik, lecz było instrumentem pełniącym rolę bębna. Generalnie, była już godzina 21:15, a występ się nie zaczynał, toteż wszyscy mieli czas się rozsiąść i rozgadać o aktualnościach. Niespecjalnie cierpliwy Sówka już siedział z założonymi nogami i rękami, z wyjątkiem, że tymi pierwszymi lekko podrygiwał nerwowo, a tymi drugimi kontrolował czas. Co rusz mierzył wzrokiem przeglądającą coś w internecie Zośkę. Jak zwykle szałowo się prezentowała ze swoją baranią fryzurą, pachniała na promień 2 metrów świeżo ściętymi różami, jak zawsze miała ze sobą swoją mieszczącą słonia torebkę i ogromne pokłady anielskiej cierpliwości. Cała ona.
Czarek podsunął jej telefon z napisaną wiadomością w notatniku:
► Chcesz na nich czekać w nieskończoność? Może w ogóle nie przyjdą. ◄
─ Spokojnie. Dajmy im jeszcze czas. Zbawi Cię dodatkowe 20 minut? ─ mówiąc, posłała mu miły uśmiech, jakby nie mówiła o zaprzepaszczonej (ponad) godzinie, którą można poświęcić na tysiąc innych rzeczy, a pytała, czy chce kawę z mlekiem, czy bez.
Oburzony okularnik poprawił bryle na nosie, po czym wziął jednym ruchem telefon, zaczynając intensywnie klikać palcami po ekranie, jakby ktoś mu naliczał czas.
► Zaciągnęłaś mnie tutaj na jakiś oszołomów, o których nigdy nawet wzmianki nie widziałem w sieci, a teraz każesz mi na nich czekać? ◄
─ Tak. Dokładnie.
W tej sytuacji, chłopak nie miał nic do dodania. Spasował, podpierając sobie głowę dłonią i ciągle bujając jedną z nóg, jakby miał postępujące ADHD, które osiągało najwyższe stadium. Wyglądał jak przedszkolak na spotkaniu biznesowym matki, tylko, że nie wchodził na stojąco pod szafę, trudno byłoby to uczynić chłopakowi mierzącemu 2 metry. Tylko bez 20 centymetrów.
Gdy ludzie zaczynali już zbierać płaszcze, torebki i inne swoje rzeczy razem z dupami (podczas gdy Zosia dzielnie trwała, rozglądając się po pomieszczeniu, a Czarek złączył dwie pufy i się na nich położył, przez co ludzie patrzyli na niego jak na debila), wskutek czego sala nieco opustoszała przez tych nieco bardziej narwanych, aczkolwiek na scenie pojawił się wreszcie ktoś z personelu, który z potem na czole obwieścił:
─ Przepraszamy państwa za opóźnienia, ale napotkaliśmy minimalne problemy techniczne wynikające z częściowej niedyspozycji jednego z członków zespołu. Ale już wszystko, że tak powiem, gra. ─ tutaj zaśmiał się nerwowo, a siedzący już jak człowiek Cezary wywrócił oczami na ten wyszukany żart. ─ Raz jeszcze zapraszam państwa na występ Zespołu.. Sawanta.
W tym momencie Sówka pomyślał, że nie powinni się nazywać zespołem sawanta, a downa, bo to złośliwa cholera była. Tak czy owak ─ zaczęło się. Gdy miły pan w białej koszuli i krawacie w paski znikł z pola widzenia gości, na jego miejsce zjawiło się 4 mężczyzn. Jeden z nich, bardzo wysoki, ale, jakby to grzecznie ująć, przy kości, z dwudniowym zarostem, kucykiem z tyłu głowy, owłosionymi łapskami i, uwaga, akordeonem dopełniającym jego brzuch, który, sądząc po jego wyglądzie, nazwał jakimś żeńskim imieniem. Drugi miał dredy i kozią bródkę, czyli szatańskie połączone, koleś usadowił się od razu za perkusją, ale to dało się przewidzieć, widząc jego stalowe ramiona wystające zza bezrękawnika. Trzeci natomiast był stosunkowo niski i chyba najszczuplejszy, a przypominał takiego, co urwał się z kółka szachistów, gdyż miał na sobie koszulę w czerwono-zieloną kratę z krótkim rękawem, żółtą muchę pod szyją, denka od jabola na oczach, a we włosach hektolitr żelu; chłopaczyna z czymś, co chyba imitowało zmiotkę, zasiadła na bębnie i to tak szeroko, że prawie szpagatem. Ostatni członek był jednak z aparycji najdziwniejszy, no właściwie tuż obok Szatana reggae. Facet był rudy, aczkolwiek miał czarne końcówki włosów i pasemka; standardowo blady, skoro ryży i piegowaty nie tylko na rękach; miał parę widocznych geometrycznych tatuaży oraz zielone oczy, których kolor był średnio widzialny w takim oświetleniu. Aczkolwiek najbardziej rzucającym się w oczy elementem jego prezencji była czarna chusta w czaszki przepasająca mu niskie czoło, która zakrywała fragment białego materiału; poza tym miał masakrycznie obdrapaną facjatę, jakby zarył nią porządnie o beton. I to było prawe tak komiczne, jak jego wejście na scenę, albowiem początkowo potknął się o schodek, omal nie robiąc krzywdy swojej czerwonej gitarze akustycznej, a potem prawie nie trafił w stołek. Jednakowoż usadowił się przed mikrofonem po odnalezieniu kabla pod nogami, a to było niebywale trudne.
Czarek w tym czasie oczywiście podsunął podekscytowanej przyjaciółce telefon:
► Napierdolony jest. A cała reszta wygląda jak banda idiotów. ◄
Zośka nakierowała źrenice na jego żółte paznokcie w kropki, tamten je natychmiast schował, zwijając dłoń w pięść. W tej samej chwili grubasek tego bandu dorwał się do statywu, wyjmując mikrofon i włączając go, poprawił kabel, po czym odezwał się dosyć łagodnym głosem:
─ Eeeee, no tak. Jesteśmy. Przepraszamy za to spóźnienie, ale robiliśmy, co w naszej mocy, żeby się tutaj zjawić jak najszybciej, toteż.. nie udało się. Ale już jesteśmy obecni tutaj z Wami. ─ mówiąc, kręcił się nieco po drewnianej podłodze, nie utrzymując kontaktu wzrokowego z publicznością, a rękę miał wsadzoną w kieszeń jeansów. ─ Generalnie, mamy taki zwyczaj, że chcemy, żeby publiczność nas poznała. A więc ja jestem Andrzej, ten za perkusją to Stasiek, z gitarą Julek, tam z tyłu w cieniu siedzi Michał. Ale żeś się skitrał, bracie. Pochodzimy wszyscy z Mazur, to nasza pierwsza trasa, a gramy razem od, pi razy drzwi, 5 lat. Dla integracji fajnie byłoby, jakbyście jednym głosem wypowiedzieli swoje imię, bo spędzimy tu razem pół nocy, dobra? Na trzy-cztery.
Towarzyszka Czarka zachichotała cicho, przykładając sobie rękę do ust, wpasowując się w śmiechy pozostałych na sali osób. Sówka patrzył na nią, jak na wariatkę. Zresztą, na tego z mikrofonem też.
─ Trzy, czte-ry!
I jak charyzmatyczny gitarzysta zarządził, tak o dziwo reszta ludzi postąpiła. Choć trudno było nie domyślać, dlaczego byli tacy zgodni, prawie wszyscy dzierżyli w ręce zieloną butelkę. Odezwali się niemalże wszyscy, pomimo poprzednich wzburzeń z powodu nieobecności muzyków. Może teraz stwierdzili, że warto było czekać?
─ ..A ty? ─ mówiąc, luźno wskazał ręką na pewnego szatyna z gniewnym wyrazem twarzy w okularach. Chyba wiadomo, o kim mowa. ─ Protest? „Nie, nie powiem im, jak mam na imię, bo mnie namierzą, Jolka!"
W sumie, teraz to bardziej wyglądało jak wstęp do kabaretu, niżeli jakiś wartościowy występ grajków. Na licu Czarka malowało się wkurwienie, bo nie płacił im za gadanie. Właściwie, to w ogóle im nie płacił, to Zosia im przecież kupiła bilety.
─ Nie jestem Jola, tylko Zosia. ─ sprostowała kobieta, gdy śmieszek ludzi wypełnił cztery ściany.
─ Jak, jak?
─ Zosia!
─ A, Zośka! Dobra! A jak Twój milczący chłopak?
─ Zocha! ─ odezwał się troglodyta z dredami.
─ To Cezary. I jesteśmy tylko przyjaciółmi.
─ ..Oh. To musiało boleć, bracie. ─ skomentował koleś, po czym znowu wzniósł się rechot z tyłu. Czarek niewzruszony siedział dalej, tylko jego mina wzbogaciła się o parę zmarszczek złości. ─ Dobra. To nasz pierwszy numer. ─ i oznajmiając to, zamontował mikrofon na statywie, zaraz udając się po swój instrument i usadawiając się na stołeczku w czasie, gdy zachęcające oklaski odbijały się od ścian.
Rudy poprawił swoje uczesanie niecelnym ruchem ręki, przez co wyglądał jak Cobain w tym świetle, przysunął się z krzesełkiem do stojaka i zaczął ochryple i nisko śpiewać, zanim inni zaczęli grać, wkrótce go doganiając. Jego gęba w żaden sposób nie odznaczała się znakami wczucia w muzykę, bardziej był to grymas, jakby nieudolność tej przyśpiewki aż go bolała. Krzywił się znacznie, od czasu do czasu wplatał między linijki syknięcia i odchrząknięcia, aczkolwiek dobrze one oddawały klimat piosenki o ucieczce z miasta z plecakiem, bez jedzenia, prawa jazdy i planu. Romantyczne, acz Czarek jako krytyk od siedmiu boleści także na wielce usatysfakcjonowanego nie wyglądał. Ściągnął nieopanowane rzez żadną siekierę brwi, mierząc się na wzrok z wokalistą, który podłapał tę zagrywkę. Jak „Julek" nie patrzył na struny, to puszczał oko do panienki z tyłu albo właśnie gromił zielonymi ślepiami niezadowolonego słuchacza. Lecz nie tylko pseudo intelektualista męczył się na tym występie.
Po minach zgromadzonych można było spekulować, że właśnie są zaintrygowani faktem, dlaczego tu jeszcze są i dlaczego kupili bilet na ten mini koncert. Jakby to ująć, żeby nie ucieszyć japy Czarusia?
Cóż, było oryginalnie. O ile zestawienie ze sobą tych instrumentów było fenomenalnym pomysłem, o tyle przy praktyce ten teoretycznie dobry plan był niczym dobrym. Cholera wie w sumie, co wyczyniał wokalista. Raz wysoko, raz za nisko, zupełnie nie zgrywał się z podkładem chłopaków z tyłu, choć jego mina zdradzała też pewność siebie, jakby był przeświadczony o tym, że to on jest tu gwiazdą. Mężczyźni próbowali się dostosować i trzymać fason, przez co wychodziło jeszcze gorzej, niż można było wcześniej się spodziewać. Polska tragedia.
Czarek bardzo klął, że nie może buczeć albo ich wygwizdać. Zapasy litości zostawił w domu. W szafie. W najciemniejszym kartonie. Ale nie obwiniał całej cyrkowej trupy, tylko jednego klauna.
Gdy całość dobiegła końca, była godzina zero nad ranem. Pogawędki między piosenkami były najlepszą wstawką, jaką mogli im zafundować, zwłaszcza na odprężenie po 2-3 minutach dociskania sobie dłoni do uszu. Po kilkugodzinnym piorunowaniu rudzielca wzrokiem, okularnik przedsięwziął stanowcze środki. Jeszcze tamci nie ukłonili się, ludzie zaczynali się ubierać, a Czarek działać. Z nieco popsutym nastrojem Zośka grzebała w torebce, chcąc coś za wszelką cenę odnaleźć, przez co nie zwracała uwagi na osobę kolegi. Wtem, gdy wszyscy na scenie i poza nią podnieśli swoje cztery litery, w jednym z mniejszych głośników przy opuszczonej konsoli z prawej strony pomieszczenia, rozbrzmiał syntezator mowy Ivona ze swoim standardowym, kobiecym głosem:
─ To był najbardziej chujowy występ, na jakim kiedykolwiek byłem. Gratuluję, jebnęliście głową o samo dno. Żądam zwrotu pieniędzy za ten pokaz idiotyzmu.
A na końcu kabla był smartfon trzymany przez Cezarego. Wszyscy patrzyli z niedowierzaniem na szatyna. Zośka prawie z butów wypadła. Właściwie, jedyne co Sówka potem zapamiętał, to pięść sunącą w jego stronę. Na palcach miał wytatuowane karo, kier, trefl i pik.
Okeej, teraz ilość porównań jest już ustabilizowana (albo po prostu się przyzwyczaiłam) i wręcz zabawna. Humor jak najbardziej do mnie trafia. Czarek trochę przypomina mnie, heheh...
OdpowiedzUsuńOgólnie ciekawe, nie powiem. Z tak luźną narracją się jeszcze nie spotkałam. Na pewno będę czytać dalej. Szkoda tylko, że czeka mnie wyłącznie jeden rozdział... Piszże dziewczyno dalej, bo nie zdzierżę!
Mój blogasek: http://sekrety-magii.blogspot.com/
Pisałam komentarz, internet urwało i się usunął. ♥ Przepraszam, że zwlekałam z odpowiedzią, ale ilekroć włączałam kartę, wylatywało mi z głowy, że ją mam na pasku.
OdpowiedzUsuńDo rzeczy ─ dziękuję za krytykę i rady! Masz rację, poprzednie rozdziały (włącznie z tym) są nieczytelne, natomiast cieszę się, że humor do Ciebie zaczął przemawiać. Zaręczam, że następny rozdział da się czytać nawet na głos (sprawdzałam) i się nie pogubić.
A do SM chętnie zajrzę, albowiem kiedyś zaczęłam czytać i jeszcze nie skończyłam.
W takim razie wierzę na słowo!
Usuń